sobota, 25 lutego 2012

"Samotni Ludzie" Stanisław Staszewski. Samotność w czasach PRL

Stanisław Staszewski ze swoją legendarną gitarą, której Kazik z Paryża po śmierci ojca już nie odzyskał
 Są czasami takie utwory, które odkrywa się drugi raz po prawie dwudziestu latach od wydania ich na albumie. Zresztą jaki drugi raz... płyta znana  a piosenka przeze mnie nie słyszana. Tak właśnie jest od tygodnia z kawałkiem ‘Samotni Ludzie’ z płyty ‘Tata Kazika’, od poniedziałku te głośniki nie słyszały innego utworu. Może tak bywa, że są piosenki, których sens rozumie się dopiero od pewnego wieku? Nie wiem, ale coś w tym chyba jest. Bo jakaż to nudna historia tej piosenki jest dla nastolatka, kiedy słuchał z tej płyty bardziej utworów takich jak ‘Baranek’ czy ‘Celina’. Dla mnie wtedy ‘Samotni Ludzie’ to było raczej  osiem minut smętnego zrzędzenia. A gdy posłuchamy tekstu mając już trzy dechy już na karku za sobą, wtedy taki kawałek nabiera nowego znaczenia. To też pokazuje geniusz tekstów Staszewskiego.

   ‘Samotni Ludzie’ [2] to pierwsza piosenka Stanisława Staszewskiego którą oficjalnie podpisał i obłożył datą. A musiało się to zdarzyć w Płocku, gdzie Staszewski był głównym architektem tego miasta, a napisał ją w roku 1964. Był to czas kiedy budowaliśmy Petrochemię Płock, czas siermiężnego socjalizmu Gomułki.
Jeśli byłby ranking najbardziej smutnych i dołujących kawałków to na pewno ten byłby w czołówce. Tak to już w muzyce bywa, że jeśli ktoś opisuje tematy mało optymistyczne, wtedy ten człowiek słuchający przy odbiorniku taki utwór docenia, zapamięta i jeszcze przez tydzień tylko słuchać tego będzie, dokładnie tak jest z ‘Samotnymi Ludźmi’. Tekst opisuje taką ‘samotność’ przenikającą do szpiku kości, za którą nie ma już nic, tylko pustka. Trochę tak jakby to miał być ostatni dzień życia autora. Staszewski przeprowadzając się do Płocka, widać nie specjalnie był szczęśliwy z tego powodu, może to i dobrze dla nas, dzięki temu możemy takie piosenki słuchać dzisiaj. Jak to jego syn Kazik po latach napisał w jednej piosence ‘...artysta głodny, to artysta płodny...’ sprawdza się w wypadku jego ojca idealnie.
 Płock czasów PRL
Samotni ludzie z samotnych miast
W samotnej muszli świat
W samotnym śniegu został ślad
Samotnie witam was

Cztery razy, cztery razy Staszewski podkreśla jedno słowo ‘samotność’, aby ktoś czasami nie miał wątpliwości, jaką wagę będzie miał temat położony na szali przed odbiorcą. Pierwszy wers i określenie ‘samotnych miast’ to właśnie chyba dla takich miejsc jak Płock czy Tychy w tamtych czasach, miast które budowały się od zera ‘w samotnej muszli świat’. Powstawały razem ze swoimi kombinatami, tworząc nowy świat, jakby zamknięte puste muszle. Z pewnością wszystko musiało w takich miastach wyglądać świeżo i pięknie, ale to jednak nadal była często pustynia z ludźmi którzy się nawet nie znali, w końcu zjeżdżali się tam z całego kraju na obcą sobie ziemię, w samotny świat. Czuć tutaj że Staszewskiemu brakuje tego prawdziwego miasta, Warszawy, gdzie znał wielu ciekawych sobie podobnych artystów i był tam królem życia. A tutaj Płock, pustka i samotność.
Dziewczyną jesteś, więc usta masz
Usta koloru krwi

Te dwa wersy to trochę jak zapatrzyć się w jakiś obraz znanego malarza w muzeum. Więc obraz widzimy, a ubrać nasze emocje w słowa jest już ciężej i niech tak zostanie. Każdy kto słucha tego kawałka i te słowa słyszy obraz ma tylko swój i widzi go dla siebie. Joanna Owczarek [1] w swojej pracy magisterskiej o tekstach Staszewskiego opisuje, że tutaj chodzi o ukochaną która tylko zostaje w tej chwili autorowi. Ukochana... tak, ale trochę inaczej, Staszewski raczej tutaj myślał kochance jeśli mówimy o nim, pisał ten kawałek w Płocku. Te usta koloru krwi jakoś do ukochanej osoby mi nie pasują, natomiast do kochanki
owszem. Poza tym, rodzina Staszewskiego w końcu mieszkała wtedy w Warszawie. W Płocku artysta miał wiele fanek, co lubiły słuchać jak grał na gitarze wychodząc na miasto jak miejski bard, albo u niego na mieszkaniu. Były nimi na pewno dwie siostry Irena i Celina Hiszpańskie (Celina wypowiada się po latach w filmie ‘Tata Kazika’), gdzie dla jednej z nich napisał znaną dziś piosenkę (ciekawe którą ;) )
Być może to ślub Celiny Hiszpańskiej dla której Staszewski napisał utwór "Celina" jako prezent ślubny i śpiewał dla młodej pary stojąc przed Urzędem Stanu Cywilnego w Płocku (zdjęcie z okładki płyty)

Zgaśnie blask oczu twych
Gdy wstanie dzień
Świt za szybą przysiądzie
Jak szary ptak

 Teraz opisuje strach, przed światem za oknem, za tą wszechobecną szarzyzną PRL, taki zupełny brak chęci do życia w takim świecie, systemie jaki się tworzył i codziennie wstawał na nowo razem ze świtem. Zresztą  sam Staszewski go budował, w końcu był inżynierem i w dodatku głównym architektem tego miasta.
Nie mów nic, przytul się
Wstrzymaj czas, wszystko zmień
Kazik idealnie oddaje klimat swoim brzmieniem. Śpiewa powoli, każde słowo zalewając z osobna smutkiem, z kapiącym gdzieś z tyłu cicho pianinem. Przy tak powolnym tempie, ma się wrażenie jakby sam chciał w tym momencie zatrzymać czas, tak jak autor. Idealnie uchwycił klimat utworu, gdzie złączył tekst z formą w jedną całość.
Wódki mgła wokół głów
Pełznie jak duch

Naprawdę, w takich miejscach jak nowe budowy PRL, nie było innej rozrywki w taką sobotę czy niedzielę, tylko wódka. Zresztą na rękę to było władzy, bo jeśli naród tylko o wódce myślał, to łatwiej taką pijaną masą rządzić. Dać wódkę, czasami trochę kiełbasy to buntować się nie będzie, taki to był czas Gomółki. 
Autor tekstu trzyma wykonawcę na rękach, inaczej ojciec i syn. Możliwe, że zdjęcie z Paryża jak Kazik wyjeżdżał od taty z wakacji

Przed wschodem zamknij drzwi
Bo z pierwszym świtem wstaną znów
Myśli koloru krwi

Tak ostatnią zwrotką kończy jakby myślą o samobójstwie. Trochę jakby opisywał ostatnie chwilę z kochanką jak ostatnie chwile swego życia, które zaraz ma się zakończyć. Stąd tak wcześniej opisuje smutek nadejścia zimnego świtu i końca gorącej nocy jakby to miałby być koniec życia.
Na szczęście nigdy nic takiego się nie stało, Staszewski w Płocku pracował jeszcze do 1967 roku a potem wyjechał do Paryża, gdzie pracował jako kreślarz. Z Płocka został prawdopodobnie wydalony za kawałek ‘Inżynierowie z Petrobudowy’ gdzie z pewnością władzy piosenka podobać się nie mogła za bardzo i też nigdy Staszewski nie chciał zapisać się do partii, a persony na takich stanowiskach raczej musiały do niej należeć.

http://www.youtube.com/watch?v=_qbKclRMXHY - tutaj śpiewa autor Stanisław Staszewski, unikatowa wersja, trochę bez żartu, teraz jak dobro kultury narodowej. Nagrywane na magnetofonie stąd słaba jakość. Można się cieszyć, że te kawałki przetrwały, bo jedną kasetę dostał Kazik po śmierci ojca i parę lat później ją skasował :) bo nagrał na jednej stronie Iggy'ego Popa a na drugiej zespół B-52 :)
http://www.youtube.com/watch?v=6jPcfpltywA - to tak na koniec, 'Samotnych Ludzi' śpiewa młodzieniec zaraz przed albo po mutacji dla swojej dziewczyny. Szacun dla niego, słychać, że się stara i to się liczy :)

[1]  „La, la, la, la” – polityka, obyczaje oraz życie osobiste obywatela PRL-u i polskiego emigranta w piosenkach Stanisława Staszewskiego” Joanna Owczarek – praca magisterska
[2]  „Kult – Biała Księga” Janusz Weiss
Oryginalne opakowanie, ale niestety już bez płyty. Chyba ponad 10 lat temu pożyczyłem od Cioci i trochę się zależała. Tylko gdzie ten krążek?

zgaśnie blask... oczu twych, gdy wstanie dzień


sobota, 4 lutego 2012

Flash Gordon - zapomniany bohater co Ziemię potrafił uratować

   Długo chodził za mną ten wpis, bo jeśli coś ma być klasykiem kiczu to Flash Gordon na pewno będzie w czołówce, ale to jeden z tych kawałków u mnie co w duszy gra, a film pamięta się gdzieś  z dzieciństwa. Jednym pasuje idealnie Flash do tego bloga, grubością kurzu i warstw na nim co zalegają grube, a na pewno mocno się trzymają.
klimatu dodają przebitki tekstów z filmu, czuć że Flash bawi się nie na żarty. Ale tak jak tutaj panna krzyczy tekstem "...Flash, kocham cię, ale mamy tylko 14 godzin, żeby ocalić Ziemię..." to mnie rozkłada na łopatki, te teksty w filmie są najlepsze.
   To jeden z takich bohaterów o których się zapomina od razu, albo wcale nie ogląda takich filmów, bo po co tracić czas, i racja. Tyle, że w moim wypadku ten cukierkowy bohater i lukrem zalany scenariusz ma to ‘coś’, a wszystko zawarte jest w teledysku, cały klimat, który w nim lubię. Może też jest jeszcze jedna sprawa, kiedy ‘Flasha Gordona’ puszczała publiczna telewizja, za bardzo nie było co oglądać, w końcu były tylko dwa programy i włoskie Raiuno.
   I bohaterem nie będzie też tutaj Queen ani Freddie, chociaż powinni dostać za to Oskara, że potrafili zrobić do tego filmu taki nośny kawałek, jak i całą płytę z muzyką filmową. Jedną z ciekawostek tutaj jest to, że Brian May gra na klawiszach jak rzadko w którym utworze. Wszystko jest proste i łatwe, pewnie ten kawałek był swego czasu przebojem, bo na pewno dobrze się tego słuchało wstając do fabryki gdzieś w Liverpoolu za czasów Pani Thatcher.
płyta Queen, tutaj wersja winylowa, wydana jako osobny album zespołu, większość utworów jest instrumentalna, jedyna taka w historii zespołu
Lubię tekst do tej piosenki za taką ‘amerykańską komiksowość’, idealnie pasuje do tego bohatera Flasha Gordona. A tak to mniej więcej Freddie śpiewa:
Flash - a-ah - saviour of the universe
Flash - a-ah - he'll save everyone of us
Ha ha ha ha ha ha ha ha ha
Flash - a-ah - he's a miracle
Flash - a-ah - king of the impossible
He's for everyone of us
Stand for everyone of us
He'll save with a mighty hand
Every man every woman
Every child - with a mighty flash
Flash - a-ah
Flash - a-ah - he'll save everyone of us
 
   A w tym jest to co lubię najbardziej, jest Ameryka, taka z najlepszych czasów lat osiemdziesiątych. Jest bohater, jest Flash ratujący Ziemię przed obcymi, w dodatku to futbolista, czyli swój chłopak. A każdy Johnson swoją córkę by bez problemu za takiego gagatka wydał. Więc w tamtych czasach jak Ziemianin miał swoją planetę ratować to jego miejsce zamieszkania było oczywiste, gdzieś pomiędzy wybrzeżem zachodnim a wschodnim kontynentu właściwego, nigdzie indziej.
nasza bohaterska trójka w wersji komiksowej
   Do dziś mi utkwiła w pamięci jedna scena. Dlaczego tak się dzieje, że takie rzeczy zostają? Nie wiem. A w dodatku tak szczegółowo. Mianowicie był tam taki jeden doktor co z Flashem i taką jedną dziennikarką leciał z nimi na tą wrogą jak się okazało planetę. Doktor Zarkov, który został złapany przez obcych i poddany ‘czyszczeniu pamięci’ ale oczywiście wrogom Ziemi to się nie mogło udać tak łatwo. Bo jak doktor wyzwolony przez Flasha i pytany o to co się z nim działo, tak nasz naukowiec tłumaczył, że jak mu czyścili pamięć tak wtedy on śpiewał sobie Rolling Stonesów, Beatlesów i inne historie, dzięki temu pamięć doktorowi nie została nienaruszona. To właśnie z tego filmu zapamiętałem, ten urywek z doktorem. Że jaka to moc niezniszczalna potrafi być w rock and rollu :-).
   Jeśli chodzi o film to jest on z początku lat osiemdziesiątych, fajnie na niego tak popatrzeć od tej strony efektów specjalnych, pewnie to był wtedy szczyt techniki filmowej, szczególnie te lasery bijące na lewo i prawo. Film jest już w muzeum filmowym od dawna, ale ta piosenka... jakby tak popatrzeć, to nic się nie zestarzała. Tak samo dzisiaj dobrze by mogła być radiowym przebojem. Bardzo podobna w klimacie do ‘Tiger’ z Rocky’ego, też taka dobra do wstawania z dobrym bitem w tle, ale też... to ‘Tigera’ pamiętają wszyscy bokserzy, Flash kurzem dziś zalega.
dr Zarkov, dziennikarka Dale i kto? Gdzieś na planecie Mogo u cesarza Minga :)
   A Flash Gordon to postać zupełnie nieznana dla nas, albo mało, tak dla Amerykańskiej kultury to poważna persona. Jakby nie było, za niedługo będzie obchodził swoje setne urodziny. Była to jedna z bardziej popularnych postaci komiksowych przed wojną w USA, a ten film z lat osiemdziesiątych to nie pierwszyzna dla Flasha. Pierwszy film o nim był już w latach trzydziestych wieku poprzedniego, do tego dziesiątki tomów komiksów przed jak i po wojnie, a jeszcze dodajemy wersję animowaną plus wersja radiowa. Tylko co... no ‘Flash Czasem Przykurzony’ niestety...  dlatego go w tym blogu mamy. Jakoś nie miał chłopak szczęścia aby tak mocno zakotwiczyć w światowej świadomości jak jego kumple Bat Man czy Spiderman, a w końcu to on świat uratował :) a nie koledzy co zdobyli tylko specjalizację na wrogów ‘homo sapiens’. Cóż, i tak czasami historia największych przykurzy.
  A na koniec z takich ciekawostek to dokleję to, że Lucas właśnie kręcąc 'Star Wars' wzorował się na tym filmie. Poza tym sam miał pierwsze go reżyserować (no... gdyby tak historia się potoczyła to pewnie ani trochę by kurzu na Flashu nie było). Inną ciekawostką niech będzie to, że aktor grający Flasha został wypatrzony w telewizyjnej 'Randce W Ciemno', a produkcja kosztowała 35 milionów dolarów, które niestety się nie zwróciły w sprzedaży biletów. Publika wybrała Gwiezdne Wojny.
Flash Gordon w pracy
   Tak kończę te swoje osobiste wynaturzenia dotyczące jakiegoś kolorowego gagatka z filmu trzeciej kategorii. Moja wina, moja wina... gdy ktoś doczytał do tego miejsca, to chciałbym mu osobiście podziękować za hart ducha przy dławieniu tych flaków z olejem, ale musiałem... to było bardzo osobiste i w końcu mam spokój, napisałem :). Jeszcze raz czytelnikowi dziękuję. 

                               FLASH!!! AAAAA....

środa, 25 stycznia 2012

Robert Johnson - legenda zawarcia paktu z diabłem. Zaśpiewa "Love In Vain"

"...Strasznie mi się spodobała ta muzyka. Spytałem Briana, "Kto to gra?". "Robert Johnson", odpowiedział. "No tak, ale kto gra na drugiej gitarze?" - spytałem. Byłem pewien, że słyszę dwie gitary, zanim zorientowałem się, że Johnson gra sam..." Keith Richards "Życie"


"Love In Vain" - świetnie do kawałka na jutubie dobrane są zdjęcia co nadają dodatkowo klimat. Muza dosłownie kapie z pudła, gdzieś na małym zakurzonym dworcu na południu Stanów. I ten podział na 'Whites/Coloreds rooms' na zdjęciach dobrze pokazuje, że ten blues wesoły być nie mógł. Piosenkę czuć w brzmieniu, taka z życia wzięta młodego czarnego grajka, którego cały majątek to ta walizka i gitara.
   Żył w najtrudniejszych czasach dla Ameryki (1918 - 1938), chociaż każdy obywatel mógł później powiedzieć 'kiedyś tak było', to Robert Johnson już nie, umarł młodo. To on otwiera listę 'Klubu 27' a jak na dzisiaj kończy ją Amy Winehouse. Nie jest to dzisiaj taki artysta, którego się słucha w radiach, bo prawda jest taka, że ciężko te kawałki byłoby grać ludziom do śniadania przed pracą. To najbardziej surowy blues jaki powstał, przynajmniej to jego uważa się za tego co stworzył rythm'and bluesa. Dla wielu późniejszych gitarzystów takich jak Clapton, czy Richards i wielu innych to trochę jak Bóg gitary (jest na piątym miejscu listy Billboardu na stu najlepszych gitarzystów w historii).
   Prawdę mówiąc takich jak on mogło być wielu, ale nie każdy miał szczęście spotkać na drodze producenta który go zaciągnie do studia i nagra materiał. Tak więc... Robert Johnson uważany za Wielkiego Mistrza czarnej gitary akustycznej Gibson, nagrywa tylko dwadzieścia dziewięć kawałków. I do dziś każdy gitarzysta, bluesman, rockman kochający muzę składa przed nim hołd w tysiącach coverów jakie słyszymy, przykładowo "Sweet Home Chicago" czy "Love In Vain" grany przez Stonesów.Tutaj każda z tych niewielu piosenek (nagranych przez Johnsona w dwóch sesjach - 1937 i 1938) jest jak dobro narodowe dla  królestwa muzyki.
blues rodził się w takich warunkach
   Jest w sumie taka teoria, co dość często się sprawdza, że im gorzej dla artysty, tym lepiej dla jego twórczości. Kto wie, może jakby nie wielki kryzys w jakim miał szczęście żyć to taki blues by nigdy nie powstał. Większość swojego życia spędza w biedzie i na włóczeniu się po kraju głównie pomiędzy 'wietrznym miastem' Chicago, Detroit a południem. Podobno przed 1930 jest średnim gitarzystom jakich jest na pęczki wtedy w delcie Missisipi, jego gitara to zwyczajne narzędzie do zarobienia na bułkę i whisky w barze przed zamknięciem.
   Ale przychodzi nagła zmiana, w jednym momencie Robert Johnson staje się wirtuozem. Uczy się nowego sposobu grania, zachwyca swoją grą innych, swoimi chwytami. Jak to się dzieje w tak krótkim czasie, nikt nie wie, a odpowiedź mamy prostą - diabeł. Jak głosi legenda, gitarzysta zawiera pakt z diabłem, a historia miała być taka:

Była noc, kiedy Robert siedząc pod drzewem popijał whisky i grał swojego bluesa, podszedł do niego wysoki człowiek w czerni i zapytał czy nie chce zostać największym bluesmanem w historii. A był to nie kto inny jak diabeł, który spisał wtedy z Johnsonem cyrograf biorąc jego gitarę w dłonie i nastroił tak jak król bluesa grać powinien. A to co dzisiaj słyszymy to diabelskie kawałki widocznie.

tak ta stacja co w kawałku mogła się prezentować, gdzieś w USA lata 30'
   Historia oczywiście jest prawdziwa :), ale też inni mówią, że bluesman był  mistrzem 'marketingu', po prostu historię potrafił dobrze sprzedać. Tak czy inaczej Johnson z knajpianego grajka zmienia się w gwiazdę bluesa. Jeśli blues to muzyka człowieka styranego życiem, pracą, ciągłą drogą w nieznane, to wszystko słychać w tych utworach. Brzmienie gitary mieszające się ze smutnym głosem Johnsona, przekazuje nam tą szczerość, to co w bluesie najważniejsze. Proste teksty nabierają klimatu. Są w późniejszych czasach wzorcem dla następnych pokoleń, jego 29 kawałków jest jakby surowym wzorcem do następnych 'muzycznych odlewów'. Tak tworzy się blues, potem rock z Johnsona garściami bierze.
    Umiera tajemniczo, jak wypadałoby muzykowi co z diabłem cyrografy podpisuje. Zostaje otruty cyjankiem w barze, prawdopodobnie przez zazdrosnego męża jakiejś piękności o której może śpiewa. Co do miejsca pochówku też wiele nie wiemy, pewnie zabrał go diabeł do piekła aby mu z gitarą grał. A na koniec zagra ten co na początku myślał, że Johnson to dwóch gitarzystów, Keith Richards i Stonesi:
tu świetna jakość nagrania ze studio Toshiba z Tokio, 1995 rok
"...please don't say we'll never find a way, and tell me all my love's in vain..."

więcej z rockiem przykurzonym na facebooku, zapraszam: https://www.facebook.com/pages/Rock-Czasami-Przykurzony/183782765011619?ref=hl

piątek, 20 stycznia 2012

Led Zeppelin "Mothership" recenzja składanki z 2007 roku

Jak dla mnie jest płyta z drogi na sylwestra, jechałem do przyjaciół pod Kraków do Brzączowic i miałem ponad godzinę czasu do busa, a Galeria Krakowska nadal otwarta, więc... zobaczmy na płyty.
A tutaj taki okaz leży na półce Zeppelini ładnie wydani, z grubą książeczka za parę groszy (ok. 35 zeta). Więc zamiast kupić petardy, kupuje 'Ołowiany Sterowiec' i niech leci z nowym rokiem.


   Tak mija już trzeci tydzień powoli od zakupu a nadal tych dwóch krążków słucham i zapowiada się, że na tym tygodniu się nie skończy. Bo najciekawsze jest to, że za każdym razem odkrywa się kawałki trochę na nowo. Jakby wchodzić głębiej w dźwięki i to właśnie się nie nudzi, w końcu mamy do czynienia z takim bandem jak Zeppelini. Wcześniej grupę znałem tak jak każdy fan muzyki, czyli główne kawałki jakie w radiu co czas puszczali i specjalnie człowiek zespołem się nie interesował.
   A tutaj mamy chronologicznie poukładane dwadzieścia cztery utwory, z którymi możemy przejść przez całą historię zespołu, od ich początków po sam rozpad. Prawda jest taka, że nie każdy fan muzyki musi mieć zestaw płyt Zeppelinów na swojej półce, ale taki zremasterowany zestaw 'the best of' naprawdę warto. Jak dla mnie jest to pewien start, wiem teraz, że będę chętny do zakupu innych albumów zespołu kiedyś w przyszłości. Jeszcze jedna rzecz, dlaczego ta płyta dzisiaj tak cieszy, bo pamiętam sprzed paru lat ten album kiedy wychodziła na rynku. Smaki wówczas na nią były ale chyba zrezygnowałem bo cena była coś koło osiemdziesięciu zeta, a tu dziś takie wydanie za taką cenę.
Są jeszcze dwa wydania, jedno CD-deluxe z DVD, a drugie w wersji czterech winyli. Jak widać, nie jest to kolejne tam 'the best' z typu tanich płyt selles. Widać dbanie tutaj o detale, może dla większości nie istotne, ale akurat sam lubię gdy książeczka jest gruba i sporo można w niej przeczytać i zdjęć przeglądnąć. W dodatku rogi pudełka są zaokrąglone a samo zamknięcie na zatrzask 'press'. To jeśli chodzi o takie kompletne detale na które mało kto zwraca uwagę :).
Tutaj link do listy utworów: http://www.lastfm.pl/music/Led+Zeppelin/Mothership
  O samych sterowcach nie będę pisać ani o tych utworach, bo na to inny temat. Każdy wie, że dziś to już trochę taka klasyka jak Bach, Davis czy Jerzy Połomski, po prostu klasyków już nie krytykujemy.
  Ale jeśli miałoby powstać coś takiego jak współczesne siedem cudów świata to wrzuciłbym do tej paczki taki ósmy jakim jest połączenie gitary Jimmy'ego Page'a i głosu Roberta Planta w jeden instrument. Jednego dźwięku strun głosowych i gitarowych zlanych w jeden dźwięk.


czwartek, 19 stycznia 2012

Amy Winehouse "You Know I'm No Good" moja najlepsza wersja

 To mój ulubiony 'jutiub' z Amy, bo wszystko tutaj jest 'na pół gwizdka' - jakość nagrania, publika jak słychać ma trochę wszystko gdzieś, sama Amy też, w tyle jacyś ludzie się kręcą zajęci swoimi sprawami widać, że nie koncertem. Ale jest tutaj coś czego w innych miejscach brak... jest klezmersko. Czuć, że to jest robota, a sama Amy jest tutaj profesionalistka, nie rzuca w końcu mikrofonem za to , że tylko połowa publiki ją tutaj słucha. Klient (Levis) robi jakiś event a 'orkiestra' ma grać bo za to jej płaci. To mi się tutaj to podoba, Amy jest pokazana jako taka knajpiana wokalistka grająca za parę groszy, żadna tam gwiazda, a śpiewa jak zawsze bosko. Jakiś mały tam koncert, wrzucony przez jakiegoś pracownika firmy na jutiuba, dla mnie bomba!

piątek, 6 stycznia 2012

Głos toczący kamienie. Marianne Faithfull - wczoraj i dzis.

   Czytałem ostatnio zapis audycji Tomasza Beksińskiego sprzed ponad dwudziestu lat i puścił wtedy taki znany kawałek ‘As Tears Go By’ śpiewany pierwszy raz w historii w 1965 roku  przez siedemnastoletnią Marianne Faithfull. Wrzuciłem na youtube. Szok!!! W końcu ta młoda panienka dzisiaj to ta szanowna Pani śpiewająca chórki czy mrucząca  w ‘Memory Remains’ swego czasu. Jej historia życia wystarczyłaby na serial wieloodcinkowy o przykładowym tytule ‘M jak Marianne’ (tylko nie przyrównuje postaci Marianne do tej bohaterki co zginęła w innym serialu o podobnym tytule, ale to czysty zbieg okoliczności :-)
 1965 'As Tears Go By'
   Na razie tylko o samym głosie. Jak słychać tutaj mamy z ’65 roku dziewczęce niewinne brzmienie z połączone z urodą anioła. Tak wtedy Marianne zaczynała, Mick Jagger i Keith Richards piszą dla niej ‘As Tears Go By’, piosenka dostaje się na dziewiąte miejsce listy, przy okazji stając się dziewczyną Micka. W jednym momencie staje się gwiazdą pop kultury.
 2009 'As Tears Go By'
   Posłuchajcie tego teraz po 44 latach, to ta sama Marianne, która przez ten czas powinna pożegnać się z życiem już parę razy. W jej głosie dzisiaj słychać historię czterech dekad rock and rolla. Spuściznę rocka,drugiego jego oblicza, tego co w nim było najgorsze. Historię czytaną w samym jej brzmieniu strun głosowych. Słuchając jej ma się wrażenie jakby każda jej piosenka była tą ostatnią śpiewaną na łożu śmierci i śpiewał z nią ból całego jej życia na raz.       
   Wiele było wokalistek próbujących podrobić ją, chociaż trochę się zbliżyć do dzisiejszych dźwięków Marianne Faithfull. Na nic to... żadna młoda nie zdążyła w swoim żywocie krótkim wypalić tylu papierosów i zalać tyloma beczkami whisky co Marianne przez ten czas od ’65 roku dodając do tego worki ‘mąki’ od młynarzy wyrabiających heroinę przekładaną kokainą.

Dla Brytyjczyków od samego początku była intrygującą postacią, bo niedość, że piękna to miała pochodzenie arystokratyczne. Jej matka była austriacką baronessą pochodzącą z Habsburgów. Dziewczyna szybko skończyła edukacje, bo w wieku osiemnastu lat chodząc do szkoły prowadzonej przez zakonnice, co nie znaczy, że nie była oczytana i mało inteligentna,. Po prostu młoda dama, której urodą i wdziękiem zachwycali się wszyscy ówczesnego świata. Znała wtedy wszystkich wielkich, od Lennona, przez Morrisona po Coena, każdy dla niej pisał teksty. Na facetów miała krótki test, pytała pierwsze adoratora o jakieś dzieło czy poetę. Kto nie zdał, więcej z nią nie rozmawiał.
Z Mickiem Jaggerem było mniej więcej tak:
-          jak nazywał się rycerz, dla którego niewierna Ginewra opuściła króla Artura?"
-          Sir Lancelot du Lac. Zdałem, Marianne?
I tak zaczyna się historia najsławniejszej pary lat sześćdziesiątych w Wielkiej Brytanii, chyba można ich porównać do popularności dzisiejszych Beckhamów, tyle, że wtedy tamte pary nie były tylko na zasadzie, że są. To w końcu byli artyści pierwszych lotów w rozrywce. W tamtym okresie dla wielu hitów Rolling Stonesów, inspiracją była Marianne. Przykładowo:
 ‘Sister morphine’   Marianne jest współautorką (podobno Stonesi nie wpisali jej na płycie jako   
                               współautorki, dlatego aby nie miała tantiemów na narkotyki)
‘Let Spend the night Together’   Jeden z pierwszych wielkich przebojów Stonesów. Jagger 
                                                     napisał właśnie dla swojej luby.
‘Sympathy for Devil’     Mick napisał po przeczytaniu ‘Mistrza i Małgorzaty’ którą to książką Marianne       
                                      chciała się odwdzięczyć swemu miłemu za piosenkę dla niej.        
‘Wild Horses’    Jagger pisze na koniec związku, gdy przebudzona ze śpiączki Marianne (po zazyciu                                     150 tabletek) mówi Micka ‘nawet dzikie konie nie odciągnęłyby mnie od ciebie’
  Tak kończy się burzliwy związek ze Stonesem i równia pochyła dla jej życia się zaczyna dopiero robić stroma, gdzie narkotyki miękkie stopniowo ustępowały twardym. W lata siedemdziesiąte wchodzi jako wrak człowieka, jak era hipisów, która odchodzi w zapomnienie, a ona kończy jako bezdomna narkomanka w Soho. Cudem jest, że ta dziewczyna to wszystko przeżyła a jej organizm to wszystko wytrzymał jak jakiś niezatapialny pancernik Royal Navy. Całe lata Marianne zostaje jako zapomniana i nikomu niepotrzebna gwiazda minionej dekady, czekająca tylko na swoją strzykawkę ze ‘złotym strzałem’ wypełnionym brown sugar.
   Gdy sięga dna, idzie na odwyk do Stanów, do ośrodka słynącego ze skutecznych metod. Udaje się, powstaje z popiołów i nagrywa rewelacyjną płytę ‘Broken English’ już jako nowa Marianne nie mająca nic wspólnego z tamtą panienką z połowy lat sześćdziesiątych.
A jest rok 1979, nadchodzi nowa dekada, Anglię zalewa czas punk rocka. Marianne znów staje się gwiazdą pierwszego formatu ale już jako matka chrzestna punka ze swoją nową chropowatą płytą. Znowu jest w bohemie z pierwszych stron gazet, tylko to już chłopcy z The Clash, Sex Pistols czy ojciec chrzestny ruchu  Malcolm McLaren. Znowu idzie w tan... są lata osiemdziesiąte, tylko może heroinę zamienia już na kokainę wydając całą zarobioną kasę z płyty. Jak widać w żadnym momencie nie chcieli ją wtedy po drugiej stronie lustra, bo słyszymy Marianne Faithfull do dzisiaj.
 
   W latach dziewięćdziesiątych znowu dostaje nowe życie, szokuje wszystkich swoim przejmującym ostrym zdartym głosem. W tej dekadzie już nie tylko jako piosenkarka, żywa legenda rocka, ale docenia ją kino, występuje w paru ważnych filmach. I tak na koniec... kawałek co każdy z nas zna, tylko do tej pory nie każdego interesowało to, że to właśnie ta Pani śpiewa. Tak, to Metallica i ‘Memory Remains’:
kawałek bez niej byłby w ogóle bez charakteru, zresztą tekst tej piosenki dokładnie do niej pasował jak ‘wspomnienie resztek gwiazdy’
   W 2005 roku w Polsce wyszła biografia o tytule ‘Faithfull’ (gdzieś ją muszę na aukcji upolować) A obecnie czekamy na film o Marianne, który podobno jest kręcony w Hollywood.

A na koniec tutaj mała galeria, przemiana w czasie Marienne Faithfull:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.278185618904666.65649.183782765011619&type=1 


 


środa, 28 grudnia 2011

Firebirds "Harry" - gdzie dzisiaj w radiu szukać takiego rodzimego pop-rocka

Jak nie przepadam za markowymi alkoholami, tak przy tym kawałku mogę widzieć siebie gdzieś w pokoju hotelowym, ze szklanką whisky, przy wolno płynącej nucie z głośnika.
Kiedy w 1996 roku „Harry” był oblegany w stacjach radiowych i długo dokował na pierwszych miejscach list przebojów, to miało się trochę lat mniej a nawet włosów więcej (nie to, że dłuższe ale gęstsze). Tyle, że wówczas wstydem było przyznać amatorowi skórzanych ramon, aby słuchać takiego popu jak Firebirds, jeśli na kolumny przyjąć można było tylko Illusion, Kult, Ploretaryat czy inne rockowe historie. A Firebirds był wtedy wszędzie, jeszcze pamiętam ten klip jak wracało się ze szkoły i oglądało program muzyczny „Clipol” coś koło piętnastej, czy „30 ton” w niedzielę i „Muzyczną Jedynkę” z Arturem Orzechem jako prowadzącym, który był sporym fanem zespołu podobno, co też przekładało się na częstotliwość pojawiania Firebirds w tym programie.
      A tak... dzisiaj jak tego Firebirds słucham, to pytam gdzie się znajdują teraz takie kawałki o takich tekstach i takim brzmieniu? Jeżeli wtedy to był czysty pop, czy jakby wtedy nazwał że radiowa papka, to w tym momencie zespół Firebirds przy dzisiejszych popowych radiowych masówkach staje się wręcz kulturą dobijającą w stronę wysokiej. Dziś by to była muzyka nie tyle masowa, co raczej ambitna wśród popularnej.
      Do tego utworu świetnie został zgrany teledysk. Idealnie, wolno sącząca się muza z akordeonu przy odpowiednio dobranym obrazie. Tekst tutaj kapie krwią a przed nami ukazuje się klimat jak z Lynchowskiego miasteczka „Twin Peaks” w tle teledysku, mieszający się z klimatem Chicago czasów Capone wyłaniającym się z komiksowych kartek. 
Joanna Prykowska jak w klimacie z 'Twin Peaks'
      Wracając do „Twin Peaks”, te czerwone kotary plus zimne światło padające na wokalistkę, to wszystko przypomina klimat z tego serialu gdy pojawiają się tam sceny w pokoju z czerwoną kotarą i chodzącym tam karłem a wszystko polane w sosie z odpowienią muzą w tle. Cały teledysk, u mnie tworzy obraz zimnego pokoju hotelowego z przyjaciółką w osobie szklanki whisky. A wszystko oklejone ponurym światłem, gdzieś w motelu, w połowie drogi dajmy na to do Ohio.

Dzisiaj raczej nic nie wskazuje aby Firebirds miało się reaktywować. Tylko im więcej czasu mija od ich końca, tak to widać dopiero teraz ile główna scena straciła, a w szczególności wybitną wokalistkę Joannę Prykowską, która oprócz nieprzeciętnej urody sama pisała swoje teksty plus charakterystyczny, mocny głos. Z tego co czytałem, nie wróciła do śpiewania zawodowo, robiła różne projekty muzyczne, ale to już nie na większą skale (np. piosenki Nicka Cave’a). Z tego co wiem, że jest anglistką, wyjechała swego czasu do Anglii, a muzyka dzisiaj nie jest jej pewnie głównym  zawodem. Czasami można Joannę spotkać na koncercie w jakimś klubie śpiewającą solowo, ale wiadomo, to już nie ta skala popularności  co z Firebirds. Tylko czy zawsze to, ma nam chodzić o ilość? Na pewno nie, jeśli chodzi o tą wokalistkę.

Można by zapytać, czemu taki zespół nie istnieje na rynku, skoro tak dobrze było, czemu tak nagle wszystko wyparowało. Pewnie był to splot różnych zdarzeń, ale jednym z nich było to, że zespół nie był taką marketingową muzyczną plasteliną, którą wytwórnia mogła sobie dowolnie formować. Taki obraz zespołu wytwórnia Izabelin pewnie długo chciała mieć, a na pewno w czasach ogromnego sukcesu płyty „Kolory”, kiedy to zainwestowane spore pieniądze w promocje płyty zwróciły się z nawiązką.
   A chodziło mniej więcej o to, że Katarzyna Kanclerz, która opiekowała się zespołem w wytwórni , chciała mieć swój zespół, który będzie przeciwwagą dla Varius Manx i pewnie o to tam też zgrzyty poszły. Czego efektem było mniej więcej to, że ostatnia płyta zespołu „Trans” nie miała już takiej promocji. Tak to skomentował jeden z członków zespołu Tomek Siembida:

To jest, albo nie jest, nie wiem, tajemnica poliszynela, ze Szanowna Pani Kanclerz wypatrzyla nas sobie, bo chciala koniecznie przeciwwagi dla... Varius Manx... tak! takie byly przeslanki jej dzialania. Niestety zabraklo jej dociekliwosci, zeby dociec, ze jestesmy z zupelnie innej gliny. Ze nie nadajemy sie na konfekcje muzyczna. Ze inne sa nasze wzorce, korzenie, patrzenie i czucie muzyki. Ze nie bardzo da sie nas ulozyc tak jak by to sobie niektorzy wyobrazali. Ale wpakowala w Kolory mase pieniedzy, i jakis tam efekt zostal osiagniety. Moze niektorych rozczaruje, ale to tak niestety dziala. W branzy tzw. pop-rockowej w 80-90% miejsce na liscie jest proporcja ilosci zainwestowanych pieniedzy. Widzialem w kilku watkach, ze Trans... tez mial tam jakas swoja promoce. Moze i mial, ale wynikajaca wylacznie z sily rozpedu kilku osob i stacji, ktore nas po prostu lubily, i gdzies za ta otoczka, czasami troche sztuczna, wyczuwalo nasze korzenie, ktore im akurat pasowaly. Polygram (teraz Universal) nie wydal na promocje nawet zlotowki. Postawili na nas krzyzyk, i tyle. Lacznie z pozniejszym "przemieleniem" wyprodukowanych plyt. Woleli je zutylizowac niz trzymac na stocku, co kosztuje... Smutne... Smutne jest tez to, ze kompletnie zepsuli takze nas….
  
   Owszem, „Trans” była puszczana w radiu, ale to już bardziej z rozpędu niż z planowanej promocji przez wytwórnię. Możliwe też to, że zespół w tym momencie parę złych posunięć popełnił sam, możliwe że skórę mięli za mało grubą na pewne ciosy.
      Koniec, na płycie „Trans” historia Firebirds się kończy. Wytwórnia odcięła kupony, posprzątała po sobie, a zespół się rozpada. Sporo było w tym okresie takich dwupłytowych kapel, że pierwsza płyta spory sukces, druga nagrana zaraz po niej przy oszołomionym zespole jeszcze z poprzedniej płyty i klapa, a do trzeciej płyty zespół już nie istnieje a przynajmniej wytwórnia ‘ukochanego’ zespołu już nie widzi. Najbardziej tutaj szkoda wokalistki Joanny Prykowskiej, że nie znalazł się wtedy mądry producent, który pociągnąłby z nią nowy projekt, bo jej głos plus teksty pisane przez nią tworzą swój klimat. W szczególności tekstom warto się przyjrzeć , duża część to historie gdzie trup słania się gęsto a i tak tygodniami mogą na pierwszych miejscach siedzieć. W końcu dużo słodkiego w nich nie znajdziemy  jak w powyższym „Harrym”. Tu właśnie jest cała sztuka, aby słodko nie było a słuchacz chciał mieć krwawą historię na pierwszym miejscu list przebojów.

FACEBOOK https://web.facebook.com/Rock-Czasami-Przykurzony-183782765011619/