poniedziałek, 30 grudnia 2013

Zerwane nagrania płyty Michael Jackson & Freddie Mercury przez lamę Louie

"Musisz mnie stąd zabrać! Ten świr przyprowadził do studia lamę. Mam dość i chcę się stąd wydostać"  -  Freddie Mercury (1982 rok, Neverland, prywatne studio nagraniowe MJ)

Tak mogło wyglądać zdjęcie z trasy wszechczasów. Władcy muzyki po obu stronach Atlantyku na jednej scenie. Bilety dawno wyprzedane na całym świecie, zamieszki przed kasami, ehhhh.....

   Jest to historia płyty która miała największą sprzedaż w latach osiemdziesiątych i jej piosenki najdłużej utrzymywały się na listach przebojów. Nic z tego... płyta ta nigdy nie powstała, a wytwórnie ostrzyły sobie już zęby jak się branża dowiedziała, że w studiu spotkał się Król z Królową.
   Michael Jackson był fanem Queen, zafascynowany głosem Freddiego po jednym z koncertów w Los Angeles odwiedził Queen po koncercie w garderobie i tak można powiedzieć historia płyty się zaczyna. W końcu udało mu się zaprosić Mercurego do swojej disneyowskiej posiadłości Neverland gdzie miał studio nagraniowe i tak królewska para zaczęła nagrania na poważnie. Tylko cóż... całej pracy Freda i Jacko nie było więcej jak sześć godzin nagrań. Można sobie teraz gdybać... jaki to mógł być wielki album, jakie teledyski, gdyby połączyć tutaj operowy głos Mercurego z show scenicznym jaki potrafił robić Jackson. Poza tym liczba fanów Queen plus liczba fanów ‘Króla Popu’ na całym świecie, dawałaby rekordowe wyniki sprzedaży, możliwe, że niepobite byłyby do dzisiaj. Nic, tego nie dowiemy się nigdy.
Tutaj na zdjęciu Jacko wygląda naprawdę jak tylko fan, zresztą widać jak jest zapatrzony. A Brytyjczycy też go tu mają jak widać tylko za swojego fana. Pozują grzecznie jak do tysięcy podobnych zdjęć na całym świecie. To naprawdę unikatowe, Król Popu patrzy na Freddiego jak dziś nastolatki na Justina Biebera :) Zdjęcie musiało być zrobione po koncercie w Los Angeles. Tutaj film z backstage'u jak Queen wychodzi na scenę, a kto się pojawia w kordonie obsługi zespołu? Tak, sam Michael [ok. 50 sek.], zresztą jest tak samo ubrany jak na zdjęciu http://www.youtube.com/watch?v=xgzpRrkb2CA

   Temu, że projekt upadł była winna lama. To takie niewinne futrzaste zwierze wielkości tak mniej więcej czegoś pomiędzy kozą a lodówką. Niczego nie świadoma lama 'Louie' była winna temu, że płyta nigdy nie została ukończona, projekt został zawieszony. Trzeba zacząć od tego, że Michael kochał zwierzęta i w tym swoim Neverlandzie w Kalifornii miał prywatne zoo, swojego przyjaciela szympansa Bubbles'a, lamę Louie i kto wie co i ile jeszcze. Co jak widać z faktów, Freddie Mercury tej miłości do zwierząt dzikich nie podzielał, chociaż uwielbiał koty, a dla jednego z nich 'Dalii' napisał czy nagrał utwór. Widocznie MJ nie rozumiał tego, jak można nie lubić posiadać szympansa czy lamy w domu, a tym bardziej w studio (jeśli chcecie zobaczyć MJ i Louie to proszę oto wywiad z nimi http://www.youtube.com/watch?v=7FZHfYbcLRU ). Wszystko wyglądało pewnie bardzo grzecznie i miło, Freddie w końcu był gościem u Michaela i nic mu było do tego, co najwyżej mógł się grzecznie uśmiechać do gospodarza czując zapach goniącego pewnie pod stołem Bubbles'a. Tylko do momentu!
   Gdy Michael wszedł do studia ze swoją lamą Louie. To był koniec. Freddie zadzwonił do swojego menadżera Jima 'Miami' Beach'a i powiedział:
"...Musisz mnie stąd zabrać! Ten świr przyprowadził do studia lamę. Mam dość i chcę się stąd wydostać..."

I tak projekt został zawieszony. Chociaż możemy się dziś cieszyć z tego że po śmierci Michaela, jego rodzina udostępniła nagrane przez nich kawałki, a z tego co na razie wiadomo dokonali trzech utworów z których dwa są w sieci.
There Must Be More to Life Than This - http://www.youtube.com/watch?v=qwfZVEHDq24
Victory - [nieopublikowany] 
   Po tym incydencie z lamą, Freddie raczej nie starał się wpadać na  MJ, a tym bardziej w studiu nagraniowym. Zresztą koledzy z Queen Jacksona mieli trochę za osobę mało poważną, bardziej dziecinną. Z tego wszystkiego projekt nagrania płyty został zawieszony i jak widać nigdy nie został skończony. Podobno Mercury miał też propozycje od Michaela aby zaśpiewać gościnnie na płycie 'Thriller', zrezygnował. co po czasie musiał trochę żałować gdy płyta osiągnęła rekordowe wyniki sprzedaży (dziś 107mln sztuk). 
   Po przerwaniu nagrań i gdy każda strona wiedziała, że powrót do studia jest mało prawdopodobny, miała swoją wersję powodu ich przerwania. Strona Queen jak wiemy, mówiła o lamie, natomiast strona MJ mówiła, że powodem były narkotyki Freddiego. Co raczej było mało prawdopodobne, gdyż kokaina w tej branży była powszechna i gdyby tak Michael miał się tym przejmować, zaraz by doszedł do wniosku, że nie ma z kim nagrywać płyt.
Wydaje mi się, że to jednak fotomontaż

State of Shock - Jagger zastąpi Mercurego
   Jeżeli zostały nagrane trzy utwory, a nagrania przerwała lama Louie i utworem nieukończonym jest "State of Shock" to już wiemy który utwór był tym ostatnim. Ale to najmniej istotne, piosenkę tą Mercury miał nagrać i dodać jako bonus do nowej płyty 'Jackson 5' a tutaj nie ma kolegi, uciekł. Tak na płycie Jackson 5 Michael piosenkę zaśpiewał z Mickiem Jaggerem. Naprawdę nie było wtedy wielu, co mogliby dorównać popularności MJ i FM, wszystkie znane dziś wielkie gwiazdy dopiero były gwiazdkami a wielkie tuzy rocka często leczyły się na odwykach. A jak widać Rolling Stones to maszyna nie do zajechania.
   To w sumie rzadki przypadek aby na jednej piosence można porównać aż trzech największych piosenkarzy tamtych czasów, tak tutaj dla Państwa Mick Jagger śpiewa z MJ:
http://www.youtube.com/watch?v=ZF8DqnlF8Kc [Jagger + MJ]
http://www.youtube.com/watch?v=ax3FOTiWwz0 [Mercury + MJ]
Mick i Michael z tamtego okresu

Freddie z Jackson 5, jeszcze było miło, nikt nie wiedział co przerwie nagrania
A tutaj produkt końcowy, płyta Jackson 5 nagrana z Mickiem Jaggerem zamiast Mercurego

Sukces piosenki Queen, podkład do masażu serca  i  wszystko dzięki Jacksonowi
John Deacon (to ten co siedzi obok Freda) popełnił swego czasu piosenkę "Another One Bites the Dust" http://www.youtube.com/watch?v=rY0WxgSXdEE która stała się jednym z większych szlagierów Queen, tylko tak mogło się nie zdarzyć bez właśnie Michaela. To on po koncercie w Los Angeles wpadł do garderoby John'a Deacona i powiedział, że ten kawałek musicie koniecznie wydać na singlu, i tak się stało. Poza tym, że wielki sukces muzyczny kawałka stał się czymś więcej... ta piosenka może uratować komuś życie. Ma 101 uderzeń na minutę i tyle powinno dokładnie być przy robieniu komuś masażu serca. Piosenka ma swoje lata, a do dzisiaj można ją usłyszeć w halach sportowych, w przerwach meczów np koszykówki.















piątek, 16 sierpnia 2013

1989 - Stevie Wonder w Warszawie. Kształt kostek lodu w drinkach i ustawienia na wzmacniaczach z nocnym klubie

Ben Bridges gitarzysta Steviego Wondera mógł odlatywać z Okęcia do Ameryki zachwycony tak wysoką techniką PRL przynajmniej w produkcji lodu do drinków. Kto wie, może do dziś opowiada swoim przyjaciołom, że jak po najlepsze kostkarki to tylko do Polski.

Wojciech Mann chciał zapaść się pod ziemię jak Stevie poprosił go aby odśpiewali największy przebój przed 40 tysięczną publicznością
   A historia była taka, organizacja tak dużego koncertu w takim czasie jak upadek PRL i czas pierwszych wyborów., mogła być klapą i nikt nikomu by nic nie powiedział, że nie udało się doprowadzić do skutku takiej imprezy. Ale nie, wszystko szło po grudzie, ale jakoś do przodu. A tutaj nagle stanął detal w zasadzie nie do przeskoczenia. Amerykanie zażyczyli sobie kostek lodu do drinków, co pewnie sami byli tego nieświadomi, że to jest dla nas będzie takim wyzwaniem.
   I sami popatrzcie... wszystko tutaj na scenie stoi, czeka na artystów, a tutaj za koncert nam dziękują bo nie mięliśmy lodu do drinków. Kto pamięta PRL, wie jedno, że to były ‘ciepłe’ czasy, nie było lodówek z napojami w sklepach przy każdym wejściu, piwo jeśli udało się kupić w ogóle, to na pewno ciepłe nie z lodówki itd. Dla Amerykanów temat nie istniał, pewnie nawet nie mięli świadomości ile trudu to kosztowało aby myśleli, że z ‘lodem do drinków’ w tym kraju jest nawet lepiej niż u nich.
   Nikt się nie zastanawia nad takimi rzeczami jak kształt lodu do drinków, bo lód w końcu to tylko lód, zamrażarka, szklanka i jest, ma swój obły kształt ale zawsze jakby taki sam. Natomiast jeśli lód do drinków zostanie stworzony nie w kostkarce, czy w folii, ale wyjdzie spod młota, który wielkie bryły lodu rozdrabniał do poziomu kształtu drinkowego, wtedy naprawdę hasło ‘Polak potrafii’ nabiera właściwego sensu. Zwyczajnie cała stolica nie potrafiła dostarczyć odpowiedniej ilości kostkarek aby obsłużyć ekipę Steviego. Stąd pomysłem było aby pierwsze zamrozić wielkie bryły wody a potem je rozdrabniać do kształtu potrzebnego drinkom.
   Jednemu nie mogli się goście z cywilizacji colą płynącej nadziwić... jakie to musimy mieć sprzęty gastronomiczne, że robią lód o takich kształtach, każdy w zupełnie innym i nie powtarzalnym kształcie. Co to za inteligentne maszyny musiały być. Myślę, że wyjechali w tej słodkiej niewiedzy, bez informacji o jakimś warszawiaku trzymającym młot wielkości kafara, rozdrabniającego lód w kostki, gdzieś w chłodni czy może na zapleczu warszawskiej masarni.

Stevie wspierający opozycję przed wyborami, śpiewa z Jackiem Kuroniem "I Just Call To Say I Love You". Szkoda, że to nigdzie nie jest nagrane
    Jest koniec maja 1989, w polityce wiadome, dzieje się wiele, odchodzi dawna epoka, ma nadchodzić nowa, zaraz pierwsze wolne wybory. Mniej każdy przejmował się wtedy muzyką, tym bardziej mało się myślało albo marzyło o koncertach takich amerykańskich sław w padającym PRL.
   A skąd się wziął Stevie Wonder na nieistniejącym już dziś stadionie 10-lecia? Po prostu pewna zachodnia firma odzieżowa chciała wejść w rynek, promować swoją markę i przedstawiciel tej firmy zgłosił się do Wojciecha Manna z pytaniem jaką gwiazdę zachodnią mogliby sprowadzić do kraju. Pan Wojciech tak dla żartu w sumie odpowiedział, że może Stevie Wonder? Wówczas obok Michaela Jacksona największa gwiazda w MTV, pewnie myślał, że przedstawiciel odczepi się i zapomni o takich abstrakcyjnych pomysłach. A tutaj piłka była krótka, gość odpowiedział, że sprawdzi tylko w grafiku artysty czy ma wolne terminy na ten czas. Można tylko pomyśleć jakie było zdziwienie wszystkich, gdy dostali informację, że nie ma problemu, Stevie przylatuje.
http://www.youtube.com/watch?v=Ys8o0cM8L3E
   Miał to być koncert pierwszy na taką skalę i z taką gwiazdą, która przyleci jeszcze do PRL a będzie odlatywać już w III RP. Tylko problemem było to, że nie było za bardzo ani sprzętu, ani gdzie zrobić taką imprezę w stolicy. Owszem był stadion X-lecia, który od lat był nie używany ani do meczów ani do koncertów, jako jedyne miejsce mógł pomieścić parędziesiąt tysięcy fanów. Można mówić wprost... to były już wtedy ruiny jego dawnej świetności, jak ruiny dawnej epoki PRL. Co ciekawe, koncert odbył się w ogóle bez zabezpieczenia sanitarnego, czyli dziś byśmy powiedzieli, że ani jeden człowiek z tych czterdziestu tysięcy fanów w trakcie imprezy nie miał możliwości przejść się tam gdzie król chadza piechotą. 
Stevie w ośrodku dla niewidomych dzieci w Laskach, gażę za koncert przekazał dla ośrodka
   Na jednej rzeczy co organizatorzy się mocno przeliczyli to była cena biletu, czyli 7,5 tysiąca złotych, co jak na tamte czasy było to 1/3 średniej pensji, co później odbiło się na rachunkach, bo ekonomicznie koncert był podobno klapą (nie wiem, może to trochę podobnie jak dzisiejszy koncert Madonny na Narodowym, co minister dopłacała). Koncert trwał trzy godziny, jak widać, Stevie musiał dać z siebie dużo i więcej, bo dziś koncerty z takim czasem nie są częste, artysta musiał szczególnie polubić się z publicznością. Imprezę prowadził duet później znany wszystkim z telewizji czyli Wojciech Mann i Krzysztof Materna, co potem Pan Wojciech komentował, że to był bardziej ‘cud nad Wisłą’ bo naprawdę wszystko w nim mogło się nie udać, a ci którzy w nim uczestniczyli wyszli zadowoleni. Może inaczej myśleli ci mieszkańcy stolicy, którzy nie byli fanami Steviego (tylko czy ktoś taki mógł się znaleźć) bo na dzień koncertu połowa miasta była wyłączona dla ruchu.
   Na takie koncerty za żelazną kurtynę gwiazdy przylatywały wtedy bardziej z ciekawości, niż aby na nich zarobić. Tak samo było i tutaj, gdzie Stevie dużą sumę przekazał dla ośrodka dzieci niewidomych w Laskach. Nasi politycy z opozycji, postanowili skorzystać z okazji i zaprosili artystę do sztabu wyborczego do kawiarni ‘Niespodzianka’ przy Placu Konstytucji i po tym zdarzeniu dwóch polityków miało na pewno co wspominać. Jedną piosenkę Stevie zaśpiewał z nimi, a byli to Jan Lityński i Jacek Kuroń. A co śpiewali? Chyba każdy może się domyślić legendarne:

Tak wyglądał oryginalny dedykowany bilet na koncert, nowość na tamte czasy 
   Po udanym koncercie artyści wracają do hotelu i... powinni chyba iść spać, bo w całej stolicy działał tylko jeden klub nocny ‘Czarny Kot’ więc specjalnie po tym mieście nie było gdzie się powłóczyć. Klub znajdował się zresztą w hotelu, wiec rejs powrotny do pokoju wykluczał wycieczki 'Warszawa nocą'. Cały zespół myślę powinien był być zadowolony z koncertu, bo jeśli wszystkie sprzęty, organizacja i tym podobne detale, nie musiały być pierwszej próby (w końcu uczyliśmy się współpracować z takimi artystami dopiero) to na pewno publiczność się spisała. Muzycy musieli czuć energię ze stadionu, skoro cała impreza trwała tak długo.
   Więc ekipa musiała sobie siedzieć w tym ‘Czarnym Kocie’, na stole chłodził się nie jeden szampan pewnie, to ktoś wódki polał inny zapodał toast ‘na zdarowie’, dziewczyny tańczyły na scenie i było wesoło. Na końcu sali dogrywał zespół standardy muzyczne, zresztą nikt z klientów klubu na nich nie zwracał specjalnej uwagi. W sumie do takiego klubu nikt nie przychodził po to aby się skupiać na muzyce, która właśnie miała być taką w tle. Tylko, że teraz przyszły chłopaki z Brooklinu i tym podobnych miejsc, chłopaki co za dzień swojej pracy mogły brać tyle, co nasze muzykanty musiały grać przez rok. W końcu, co tu mówić, przyszli światowej klasy profesjonaliści, co nie dziwne, że na muzykę graną w klubie musięli uwagę zwrócić.
   Po pewnym czasie jeden z nich podszedł do grającego zespołu i spytał się czy nie mogliby zagrać chwilę z kolegami na ich sprzęcie, musiało być to dla naszych coś. W końcu muzycy Stevie Wondera będą za chwilę grać na twoim sprzęcie, pewnie dziś o tym wnukom opowiadają. O ustalonej godzinie nasi zeszli ze sceny, amerykanie przejęli sprzęt i zaczęło się...
Nagle NRD-owski sprzęt, który był najwyższej jakości w bloku wschodnim produktem Hi-Fi zaczął naprawdę ‘brzmieć’, w jednej chwili klub ‘Czarny Kot’ nabrał klimatu jak jakiś jazzowy klub na Manhattanie. A powodem tej zmiany było to, że raz umiejętności amerykanów w sztuce były o wiele większe od naszych, a druga i podstawowa rzecz, to była zmiana ustawień sprzętu. Bo zanim zaczęli grać, pozmieniali ustawienia na wzmacniaczach i stąd muzyka nie była już tylko taka w tle jak do tej pory, a klub w jednej chwili przeniósł się jakby do Nowego Yorku. Naszym muzykom musiały ‘szczeny opaść’.
   Gdy minął ustalony czas, Amerykanie podziękowali, oddali instrumenty i nasi wrócili na scenę, a pierwsze co zrobili to sprawdzili co to były za amerykańskie ustawienia na wzmacniaczach, że te nasze rzęchy nabrały takich świeżych dźwięków. Nic z tego. Chłopcy z Brooklynu nie podzielili się tajemnicami i do końca swoich istnień te wschodnio niemieckie cuda techniki nigdy więcej nie nabrały takich dźwięków. W końcu my tutaj uczymy się w szkołach muzycznych, tam bluesa pijesz z mlekiem matki  jak twój ojciec pił i pradziadek też to robił gdzieś na plantacji bawełny. "Czarny kot" tylko przez chwilę nie był tylko z nazwy, a stał się czarnym bluesowo-jazzowym klubem.
Na koniec gratka dla fanów, wywiad Wojciecha Manna ze Steviem, z roku 1989: http://www.youtube.com/watch?v=gqHaSNhtkcs

Tak Ben Bridges pewnie dziś by nie pamiętał, że był w ogóle w takim mieście jak Warszawa, ale kto wie, może do dziś szuka kostkarki do lodów co by robiła takie kostki jakie dostawał w Polsce na koncercie i pamięta to inne brzmienie na nrdowskich sprzętach, kto wie.
Ben Bridges - 46 lat z gitarą, dzisiaj mistrz i guru
   



  


piątek, 28 grudnia 2012

Oddział Zamknięty śpiewa "Ten Wasz Świat" na ursynowskiej Kopie Cwila i co do tego mają Beatlesi?

   Teledysk nagrany tak jak zrobione było zdjęcie na okładkę Beatlesów gdy przechodzili przez ulicę po pasach równym krokiem, czyli  tak po prostu... spontanicznie, bez większego planu, byle szybko i bez problemów. Tak samo jak z Beatlesami mogło być z naszym Odziałem, jedyna różnica w tym taka, że dziś pasy przy ulicy Abbey Road są dobrem narodowym Wielkiej Brytanii i kolejnym miejscem gdzie można sprzedać kubek z Beatlesami i brelok z podobizną księżnej Kate a u nas mało kto wie co to Kopa Cwila na Ursynowie.
   Dlaczego teledysk jest nagrany akurat tam to specjalnie nie wiem, ale mogło być podobnie jak u Brytyjczyków, zbliżał się termin, nie było czasu na wymyślanie cudów a teledysk musiał być i to szybko. Inna sprawa, że w tamtych czasach raczej na teledyski się nie wydawało specjalnie kasy, szczególnie w PRL, poza może skrzynką wódki dla ekipy, stąd teledyski z lat osiemdziesiątych wszystkie wyglądają podobnie.
   Pewnie było tak, że ktoś z produkcji przejeżdżał obok przyszłego Ursynowa, zobaczył Kopę Cwila i wpadł na pomysł, że to może być dobre miejsce na szybki teledysk. Parę telefonów, ktoś bierze nyskę, zbiera chłopaków i po chwili mamy materiał, a zespół po tym może jeszcze odespać poprzednią noc.
   Jedyna rzecz, która mi nie pasuje w teledysku, to pokazanie na końcu tych bloków budowanego Ursynowa, bo bez nich ta Kopa Cwila wyglądałaby dość apokaliptycznie, jakby chłopaki przed chwilą wyszły z bunkra atomowego aby się przewietrzyć i zobaczyć co tam po uderzeniu bomby jądrowej zostało. Dodatkowo śpiewając piosnkę od serca 'jak wygląda ten paskudny świat' ;) wtedy tekst do tej apokalipsy pasowałby idealnie.
Oddział Zamknięty to tacy Stonesi made in Poland na lata 80'
   A skąd w Warszawie taka duża góra, skoro wszędzie na całym Mazowszu raczej płasko? No jest ona zrobiona sztucznie, jest to ziemia z wykopów wymieszana z gruzem i całym budowlanym szmelcem. Winnym tej góry był inż. Henryk Cwil, który wymyślił prostą rzecz, że po co wywozić całą ziemię poza miasto, jak można ją składować na miejscu, będzie szybciej i taniej a samochody do transportu bardziej dostępne. Pewnie jeszcze jedno było do tego dopowiedziane po cichu '...a później się zobaczy...' jak to za komuny bywało na dużych projektach.
   Akurat pomysł trafił idealnie. Kopa Cwila jest dzisiaj miejscem spacerów mieszkańców Ursynowa i wielu imprez kulturalnych. A nawet w latach osiemdziesiątych zostaje zbudowany tutaj wyciąg narciarski, który nigdy nie rusza. No cóż, akurat trafił na słabe zimy gdzie Warszawa śniegiem nie chciała się zasypać, stąd Warszawiacy w czynie społecznym rozkradli wyciąg, razem z budką zbudowaną na górze.
Kopa Cwila dzisiaj a kiedyś hałda ziemi i gruzu z którą do końca nie widziano co zrobić 
Wyciąg narciarski chyba pierwszy i ostatni w stolicy.

Tak na koniec tutaj link do ostatniego wywiadu z 27.12.2012 z Jarrym, legendarnym wokaliście Oddziału Zamkniętego http://wnas.pl/artykuly/694-kiedys-w-muzyce-wazny-byl-przekaz-krzysztof-jaryczewski-nasz-wywiad

zapraszam też na facebooka Rock Czasami Przykurzony http://www.facebook.com/pages/Rock-Czasami-Przykurzony/183782765011619

poniedziałek, 4 czerwca 2012

ZŁO przykurzone, bez metalowych historii... lista osobista.

   Jest muzyka... która z założenia ma być z Ciemnej Strony Mocy i w niej pokazywać wszystkie czarne skrzaty z rogami dalej diabłami zwane i innej maści ZŁE stwory o właściwej barwie, pentagramie zalanym krwią i numerze po trzy razy sześć. Tylko co w tym strasznego? Co mrocznego z sobą niesie taka muzyka jak 'Black Metal'? No ja nie wiem, bo chociaż na gitarach wymiatać potrafią nieźle, to przynużają tym swoim groulowym wrzaskiem, ale to tak tylko moje zdanie. Tylko jedną mam rzecz co do mrocznych piosenek... szanowne Panie mroczne wokalistki i szanowni mroczni Panowie, nie śpiewajcie tego po polsku, bo kiedy słyszę coś w stylu 'czarne kruki lecą nad cmentarzem' itp. to bardziej to mnie śmieszy niż straszy.
   Ale oczywiście nie jest tak, że nie mam muzyki która mnie mrozi do szpiku kości, w której czuje ten mroczny chłód. Tylko są to kawałki zupełnie nie związane żadnym czarnym nurtem czy innym ZŁYM metalem. Jak widać nieraz bywa, że tak zwany 'normalny' artysta potrafi napisać utwór o którym pewnie sam na początku nie ma świadomości, że wbija w niego ten chłód i mrok, jakby na tą chwilę otwierał wrota do Mordoru. Są to takie kawałki, które jak do tej pory zdarzyły się tylko raz autorom, coś takiego jakby podpisywali cyrograf dla 'mrocznej siły' ich tworzonych dźwięków. Umowa z diabłem na jeden tylko utwór w swojej karierze, oto one:
 
Mike Oldfield 'Tubular Bells' - temat przewodni z filmu 'Egzorcysta' http://www.youtube.com/watch?v=3Rdz2XrcU44
Tutaj ta 'cisza'  w tej pierwszej części to poraża, buduje cały czas napięcie jakby zaraz miał uderzyć w nas jakiś młot tylko nie wiemy z której strony. Duża siła jest w tym, że Oldfield używa do tego tak mało narzędzi, pierwsze prawie dwie minuty bije prosty układ w klawisze, które by mogło zagrać każde trzy letnie dziecko na swoich organkach i ta prostota w tym jest  genialna. Kawałek ten Oldfield nagrał podobno w wieku dziewiętnastu lat, a słychać w nim artystę w pełni dojrzałego zupełnie nie pasującego do wieku bądź co bądź jeszcze nastolatka. Tak jakby z utworu płynęła jakaś 'moc' zupełnie mu obca gdy to tworzył. Dźwięki są wyraźne, mocne a jednocześnie takie puste od środka, zupełnie bez jakiejkolwiek 'duszy'. Dlatego to jeden z tych moich kawałków od 'Ciemnej Strony Mocy'
'Rosemary's Baby' - Krzysztof Komeda - muzyka z filmu http://www.youtube.com/watch?v=RhL0ichtZjQ&feature=related
   Mia Farrow śpiewa tutaj niewinne i delikatnie jak małe dziecko. Jest ciepła i miła, zupełnie nie pasująca do muzyki która się wydobywa w tle. Muzyki próbującej się dostosować do tempa niewinnego głosu, jest grana jakby to porównać... przez 'białą Smierć w chwili swojej pracy', kiedy gra na swojej błyszczącej kosie, którą ostrzy przy śpiewającym uroczym dziecku, dziecku nie mającym świadomości kim ta biała dama stojąca obok niej jest. Nie przepadam aby zbyt często słuchać tego utworu, ma w sobie jakiś niepokój,klimat człowieka otacza i wciąga we swoje czeluści, w które zbyt często ciężko wchodzić.
   W tym jest ta dziwna siła, że utwór mamy jedyny w sobie, to on dla mnie ma najwięcej tego magicznego ZŁA do samego końca. Może nie słuchałem jeszcze, może jest gdzieś jeszcze bardziej mroczny utwór, ale jak dla mnie to do tej pory w historii muzyki nikt nawet nie zbliżył się do przekazu jaki potrafi on z sobą nieść.
   Zresztą jest to ostatni utwór Krzysztofa Komedy jaki napisał, niedługo po nim zabił się w Los Angeles samochodem, miał niecałe czterdzieści lat, pewnie dziś mielibyśmy na świecie drugiego Pendereckiego. A tak, podążając tym mrocznym tokiem myślenia 'Rosemary's Baby' jest utworem przyniesionym prawie jakby z piekieł, złożonym dla Komedy w zamian za jego dusze. I tak się dzieje, utwór będzie wieczny w przeciwieństwie do krótkiego żywota Komedy. Więc chwila dla fantastyki:
Przychodzi diabeł do Komedy i mówi... oddasz mi dusze a ja ci dam najbardziej mroczny i najbardziej genialny kawałek na tym padole, Komeda na to przystaje i pisze ten diabelski utwór.
'Miasteczko Twin Peaks' muzyka z filmu http://www.youtube.com/watch?v=khMlcTE7lw8&feature=related
Ten serial bez tej muzyki byłby słaby i bez wyrazu, w dodatku szybko byłby zapomniany. Jak dla mnie muzyka jest tutaj głównym bohaterem tej historii, która swoją tajemniczą mocą przytłacza grę każdego aktora. W połączeniu ze specyficznymi postaciami ma w sobie jakieś drugie dno, tak jak każdy bohater tej opowieści. Muzyka z Twin Peaks może być wzorcem dla wszystkich filmów grozy, które chcą nadać klimat do swoich historii a nie tylko wylać krew na ekran kiedy widz już zasypia. Przy tej muzyce zasnąć się nie da, chociaż jest tak delikatnie grana. W połączeniu z mroczną opowieścią, czujemy gdzieś to ZŁO... po kościach przy oglądaniu kolejnego odcinka przed snem.

Depeche Mode 'Enjoy The Silence' http://www.youtube.com/watch?v=pG-JA-5xE1Y
W tym kawałku chodzi o sam początek... o to brzmienie tych klawiszy, jest zimne jak lód, przenika. Nie ma tutaj nic z ostrych gitar ani jakiegoś szybkiego tempa, wszystko idzie równo i z jedną mocą. Jak dla mnie jest to właśnie piosenka grana jakby z drugiej strony lustra. Nie ma tutaj ani jednej girary ani jednej solówki, perkusja jest elektroniczna, a chłodna MOC jest większa od rasowego metalu, którą Depesze zamykają w elektronice klawiszy.
fragment filmu 'Lost Highway' i Mystery Man  http://www.youtube.com/watch?v=qZowK0NAvig&feature=related
To na koniec. Postać z filmu 'Zaginiona Autostrada', jak dla mnie to jeszcze JEGO nikt nie przebił, nikt w żadnym horrorze czy filmie grozy. Chociaż nic tu wielkiego się nie dzieje, tak ten 'ktoś' wrażenie robi mocne.

To tyle, pewnie każdy taką 'osobistą' mroczną listę mógłby ułożyć, moja jest taka jak powyżej.

piątek, 13 kwietnia 2012

Perfect "Całkiem Inny Kraj" 1994. Powrót zespołu po 11 latach

   Dzisiaj rano słuchając radia usłyszałem ten kawałek. Powalił... Tej piosenki nigdzie się już nie gra i idealnie pasuje w przykurzone klimaty tego bloga. Teksty które dają do pomyślenia, chwili zastanowienia, raczej są niemile widziane wśród 'mainstreamowych' mediów, stąd wypada tutaj na początku Trójce podziękować.Takich kawałków już nikt nie pisze dzisiaj, bo po co, skoro nigdzie nie zostaną puszczone. Teraz ma być tylko skocznie i przyjemnie w stacjach radiowych, stąd szczególny szacunek dla Trójki, że to puściła i to jeszcze z rana.
Okładka płyty "Jestem" z 1994 roku, pierwsze wydawnictwo po jedenastu latach od ostatniego
   Dziś tego tekstu słucha się jak lekcji historii o społeczeństwie początku lat 90', Ten teledysk na jutiubie jest jak przeźrocze sprzed prawie dwóch dekad . Wtedy w '94 takie piosenki przebijały się jako przeboje na listy. Sam ten klip pamiętam z takiego programu na dwójce o czternastej co się 'Clipol' zwał. Dzisiaj, nie wiem, ale ciężko jest usłyszeć coś podobnego z naprawdę dobrym, społecznym 'tekstem', który naprawdę o czymś mówi. Albo inaczej, dziś się nie śpiewa smutnych tekstów, piosenka ma być smaczna i słodka bez żadnego kwasu, który mógłby zasmucić przez chwile odbiorcę. Może to dziś jednak w tak dobrych czasach żyjemy... nie mamy co narzekać i stąd artyści nie mają o czym pisać, kto wie.
   W końcu dla muzyki w Polsce 94' rok to chyba najlepszy okres, wtedy wydawane krążki do dzisiaj potrafią być popularne wśród kolejnych pokoleń. Więc skąd niby wziął się taki owocny wysyp dobrej muzyki? Bo jest chyba taka zależność... im gorsze czasy, tym lepiej dla kultury. Wedle zasady 'im artysta bardziej głodny, tym bardziej płodny' i chyba coś w tym jest.  A początki III RP szczególnie były ciężkie pod tym względem, że świat dookoła nieodwracalnie się zmienił a ludzie mentalnie nadal żyli w PRL. Tutaj nikt nikogo już za rączkę nie prowadził, nie było już Partii i sekretarzy, wielu z tym nie umiało sobie poradzić.Piosenka stała się przebojem, bo dużej części społeczeństwa refren piosenki opisywał dokładnie ich sytuacje, trafiła idealnie w swoje czasy.
...że to jest już całkiem inny kraj...
 Oprócz tekstowi, trzeba pełen szacunek oddać tutejszej gitarze która dosłownie tą piosenkę niesie trochę jak surfera na fali w Kalifornii albo kajakarza spływem Dunajca (wersja patriotyczna). Perkusja mocno rytmem wprowadza nas na odpowiednie tracki w mózgu i dawaj... wjeżdża gitara, Brzmi to genialnie. W ogóle ta piosenka ma w sobie to, że będzie zawsze aktualna. Zawsze człowiek będzie przynajmniej raz w życiu w takiej sytuacji, że zaśpiewać sobie refren będzie mógł dla siebie. Ten tekst mi przypomina trochę 'Autobiografię' przynajmniej w jakiejś części, tam też bohater jakby się budził w nowej rzeczywistości.  Jak Markowski śpiewa ten kawałek, to słychać, że to nie dla zabawy, gdy jest refren:
nie mogę się jeszcze przyzwyczaić
do obrazków, które z kina znam 
 czuć, że jest to szczere, że dotyczy też jakby jego. Może właśnie stąd ta piosenka się stała przebojem, że ludzie czują w głosie że śpiewa to od siebie. Może nie czuć tutaj strachu, ale na pewno jest ta niepewność. W końcu 'polscy Rolling Stonesi' lat osiemdziesiątych startują jakby od nowa tutaj w 1994 roku. Trochę muszą się czuć dziwnie, bo jeszcze niedawno dawali koncerty wypełniając np. Stadion Dziesięciolecia w Warszawie końcem PRL, a tutaj nikt się o nich jakby nie upomina jako o tych Wielkich.
   Są nowe bandy, nowe pokolenie. Sam pamiętam, miałem wtedy czternaście lat i był już Hey, Illusion, dobrze grała IRA, Wilki itd. kto by myślał o jakiś dziadkach z czasów PRL. Naprawdę, dzisiaj to dopiero widać jak w ciężkiej sytuacji był Perfect, debiutując jakby jeszcze raz, dawne gwiazdorstwo i wielkość bandu musieli schować do archiwum polskiego rocka a gryźć parkiet od nowa. A sytuacja była naprawdę nie ciekawa, w końcu Perfect tutaj wydaje nową płytę po jedenastu latach od ostatniej, ale to nie koniec... to już Perfect bez Hołdysa, założyciela i głównego kompozytora grupy Perfect. Wielu pewnie mówiło wtedy, że Perfect bez niego istnieć już nie może. Sami pewnie doszli do takiego wniosku, że co mają innego robić, skoro całe życie tylko grali, więc jeszcze raz się zebrali w studiu i zrobili materiał.
 i udało się dziadki :))))) tak trzymać
    Ta płyta jest takim rzutem o taśmę, tylko nikt nie wiedział wtedy w jaką taśmę zespół rzuca. W tym momencie, każdy band czasów PRL jeśli zrozumiał szybko nowe zasady gry w nowej rzeczywistości, wygrał. Natomiast zespoły, gwiazdy PRL jeśli nadal uważały, że są wielcy i to co wydadzą zawsze się sprzeda, szybko zeszły ze sceny np. taki Oddział Zamknięty. Teraz o rynek trzeba było walczyć, Perfect wygrał, wygrał bitwę która była decydująca. Bo gdyby płyta nie osiągnęła sukcesu, nie byłoby dobrego przeboju jak ten, to dziś pewnie by byli takim zespołem trochę do kotleta gdzieś z dawnych czasów trącący myszką. A tak... na dzień dzisiejszy Perfect jest marką z nową jakością i trzyma się na rynku mocno.  


..nie wiem czy mogła mieć, siedemnaście lat...


Rock Czasami Przykurzony na facebooku: http://www.facebook.com/pages/Rock-Czasami-Przykurzony/183782765011619

środa, 28 marca 2012

Rysiek Riedel i jego miasto Tychy

   Marek Grechuta napisał kiedyś piosenkę "Ojczyzna" gdzie śpiewał "...Czyś, chociaż raz, chodził po rynku w Krakowie..." to pewnie gdyby mieszkał w Tychach to ten wers wyglądałby trochę inaczej a mianowicie zaśpiewałby "...Czyś, chociaż raz, bywał na piwie, 'Pod Jesionami'...". 
    Tak... każdy artysta ma swoją Ojczyznę, dla Ryśka Riedla były to Tychy. Nie chcę tutaj pisać o Ryśku, nie chcę pisać jakim wielkim artystą był, bo tego w necie jest masa i trochę jak się szuka o nim informacji, czytając podobne teksty o wielkości na okrągło, brzmi to trochę jak tekst o Słowackim, że 'Słowacki wielkim poetą był'. Tutaj chcę pójść śladami Riedla, tzn. popatrzeć na miejsca gdzie żył, gdzie mieszkał. W końcu każdy patrzy na niego jakby zawsze stał na panteonie polskiego bluesa. A to był człowiek z krwi i kości, mieszkający tak jak każdy z nas w jakimś M, mający swoją rodzinę i jak każdy, swoje miejsca w których bywał.
   Co jest dla mnie ciekawe to takie połączenie dwóch sprzeczności miasta Tychy i Ryszarda Riedela. Chodzi tu tyle o to, że jest to miasto zbudowane od zera za czasów głebokiego PRL wedle radzieckich wzorców jak Nowa Huta w Krakowie . Miało być to miasto gdzie miał żyć wzorcowy obywatel dawnego systemu. Miasto, które nie ma tak jak większość paruset letniej tradycji. Wszystko zbudowane pod system i dla systemu. Tak aby człowiek był w nim małym trybikiem napędzającym bezosobową masę. W tym świecie nie było miejsca na człowieka jako jednostki, myślącej niezależnie. 
   A tutaj proszę, wychowało to miasto obywatela Riedla, który poprzez swoje teksty, jest symbolem niezależności, wolności człowieka. W końcu Tychy to nie piękny stary Kraków mający zagony pancerne swoich poetów, artystów i swoje piwnice. Tutaj jedne z najlepszych tekstów w historii polskiego rocka powstawały wśród betonowej pustyni, wśród bloków będącymi sypialnią dla pokoleń górników czy hutników, pomiędzy hałdami kopalń. Nikt w takim miejscu od obywatela nie wymagał, aby człowiek coś tworzył. A właśnie tam, na Śląsku powstaje polski blues. Z drugiej strony, blues miał tu swoje warunki w takich Tychach, jak poeci mają warunki w Krakowie. W końcu blues to muzyka ludzi ciężkiej pracy, a tutajona zawsze zajmowała szczególne miejsce. 
   Jest jeszcze jedno przysłowie 'artysta głodny, to artysta płodny', coś na tym Śląsku jest, że potrafią powstawać rzeczy szczególne w muzyce, w końcu dwadzieścia lat po Riedlu na tych terenach Magik z Paktofoniką czy Kalibrem 44 nagra swoje płyty i stworzy nową jakość w hip-hopie wyciągając muzykę z getta. Heh, stąd idzie wniosek, Śląsk - zagłębie węgla i artystów :)


Kościół św. Marii Magdaleny w Tychach w którym Ryszard Riedel z Małgorzatą Pol w 1977 roku biorą ślub fot. Mariusz Mazur. 
 
Dawne kino 'Halka' do którego Rysiek chodził na westerny, poza tym bardzo lubił kulturę czasów dzikiego zachodu, co widać było w ubiorze - kapelusz, kowbojki itp. Dzisiaj kina nie ma, dziś jest tam Night Club, to też jakiś symbol dzisiejszych czasów, dzisiejszego dbania państwa o kulturę. Cóż, pewnie w kasie brakło na dotowanie biletów, to lepiej niech powstanie 'club' jasne... fot. Mariusz Mazur
Pub 'Pod Jesionami' kiedyś na takie miejsca mówiło się bardziej z polska, po prostu pijalnia piwa, na Śląsku takie miejsca mają szczególne znaczenie, przynajmniej dawniej chłopy po robocie czy po szychcie (górnicy) przychodzili tam na piwo. Tutaj Rysiek lubił przychodzić, napić się piwa, pewnie też coś napisać na serwetce. Jakie tutaj piosenki powstały to nie wiem, na pewno powstała piosenka Dżemu 'Jesiony' właśnie o tej knajpie. Poza tym jest to miejsce z prawie stuletnimi tradycjami, które nadal dziś dobrze funkcjonuje, latem jest duży ogródek pod jesionami, bo jakby inaczej mogło być. W środku sporo starych fotografii, pucharów sportowych, co też pewnie znaczy, że to miejsce szczególne dla niejednego mieszkańca Tychów. Też jest to miejsce kultowe dla fanów Dżemu, gdy co roku jest Festiwal im Ryśka Riedla muzyka Dżemu idzie cały czas. Tutaj link do kawałka 'Jesiony' http://www.youtube.com/watch?v=llxfvkOs9bE&feature=related  fot. Mariusz Mazur
Pierwsza sprawa, to nie pomnik, to rzeźba miejska i ważne jest aby to podkreślić na początku gdyż Riedel w grobie chyba by się przewracał gdyby słyszał, że stawiają go na jakimś panteonie pomnika. Ten zabieg, aby rzeźba stanęła na przystanku na ul Niepodległości, naprzeciwko Biblioteki Miejskiej jest genialny. Bo samo umiejscowienie Ryśka w zwyczajnym miejscu między ludźmi staje się elementem tej rzeźby. Daje jasny przekaz, że Rysiek zawsze skromnym człekiem jak każdy chłop na Śląsku był. nigdy wielkiego artysty sam z siebie nie robił, co taką postawę wszyscy doceniamy do dzisiaj. Sprawcą tej rzeźby jest Tomasz Wenklar, który sam powiedział "...chcę go wyrzeźbić bardziej bluesem niż gliną...". Rysiek jest tutaj lekko pochylony, co jest specjalnym zabiegiem, widać jakby szedł pod wiatr, tak jak przez swoje życie. Ma starte dżinsy, kowbojki i dżinsową kurtkę. Z tego przystanku Rysiek zawsze jeździł do Katowic, niestety często na ul. Różaną czyli aleję róż z piosenki
   Na koniec chciałem podziękować Mariuszowi Mazurowi, który jest mieszkańcem Tychów i zrobił większość zdjęć, jak również wiele mi napisał. Cieszy to, że są jeszcze dzisiaj ludzie który potrafią bezinteresownie poświęcić swój czas. Kiedyś napisałem posta na forum Dżemu o tym że chcę napisać posta o miejscach Riedla i czy ktoś ze Śląska a najlepiej Tychów, mógł mi pomóc, wtedy Mariusz wyciągnął pomocną dłoń. Jeszcze raz dzięki stary.
     Gdyby ktoś z was znał jakieś inny miejsca Ryśka razem ze zdjęciami to zapraszam na rozwinięcie postu o dalsze fotki, np ul. Różanej.  

link do bloga na facebooku: http://www.facebook.com/pages/Rock-Czasami-Przykurzony/183782765011619
 

sobota, 25 lutego 2012

"Samotni Ludzie" Stanisław Staszewski. Samotność w czasach PRL

Stanisław Staszewski ze swoją legendarną gitarą, której Kazik z Paryża po śmierci ojca już nie odzyskał
 Są czasami takie utwory, które odkrywa się drugi raz po prawie dwudziestu latach od wydania ich na albumie. Zresztą jaki drugi raz... płyta znana  a piosenka przeze mnie nie słyszana. Tak właśnie jest od tygodnia z kawałkiem ‘Samotni Ludzie’ z płyty ‘Tata Kazika’, od poniedziałku te głośniki nie słyszały innego utworu. Może tak bywa, że są piosenki, których sens rozumie się dopiero od pewnego wieku? Nie wiem, ale coś w tym chyba jest. Bo jakaż to nudna historia tej piosenki jest dla nastolatka, kiedy słuchał z tej płyty bardziej utworów takich jak ‘Baranek’ czy ‘Celina’. Dla mnie wtedy ‘Samotni Ludzie’ to było raczej  osiem minut smętnego zrzędzenia. A gdy posłuchamy tekstu mając już trzy dechy już na karku za sobą, wtedy taki kawałek nabiera nowego znaczenia. To też pokazuje geniusz tekstów Staszewskiego.

   ‘Samotni Ludzie’ [2] to pierwsza piosenka Stanisława Staszewskiego którą oficjalnie podpisał i obłożył datą. A musiało się to zdarzyć w Płocku, gdzie Staszewski był głównym architektem tego miasta, a napisał ją w roku 1964. Był to czas kiedy budowaliśmy Petrochemię Płock, czas siermiężnego socjalizmu Gomułki.
Jeśli byłby ranking najbardziej smutnych i dołujących kawałków to na pewno ten byłby w czołówce. Tak to już w muzyce bywa, że jeśli ktoś opisuje tematy mało optymistyczne, wtedy ten człowiek słuchający przy odbiorniku taki utwór docenia, zapamięta i jeszcze przez tydzień tylko słuchać tego będzie, dokładnie tak jest z ‘Samotnymi Ludźmi’. Tekst opisuje taką ‘samotność’ przenikającą do szpiku kości, za którą nie ma już nic, tylko pustka. Trochę tak jakby to miał być ostatni dzień życia autora. Staszewski przeprowadzając się do Płocka, widać nie specjalnie był szczęśliwy z tego powodu, może to i dobrze dla nas, dzięki temu możemy takie piosenki słuchać dzisiaj. Jak to jego syn Kazik po latach napisał w jednej piosence ‘...artysta głodny, to artysta płodny...’ sprawdza się w wypadku jego ojca idealnie.
 Płock czasów PRL
Samotni ludzie z samotnych miast
W samotnej muszli świat
W samotnym śniegu został ślad
Samotnie witam was

Cztery razy, cztery razy Staszewski podkreśla jedno słowo ‘samotność’, aby ktoś czasami nie miał wątpliwości, jaką wagę będzie miał temat położony na szali przed odbiorcą. Pierwszy wers i określenie ‘samotnych miast’ to właśnie chyba dla takich miejsc jak Płock czy Tychy w tamtych czasach, miast które budowały się od zera ‘w samotnej muszli świat’. Powstawały razem ze swoimi kombinatami, tworząc nowy świat, jakby zamknięte puste muszle. Z pewnością wszystko musiało w takich miastach wyglądać świeżo i pięknie, ale to jednak nadal była często pustynia z ludźmi którzy się nawet nie znali, w końcu zjeżdżali się tam z całego kraju na obcą sobie ziemię, w samotny świat. Czuć tutaj że Staszewskiemu brakuje tego prawdziwego miasta, Warszawy, gdzie znał wielu ciekawych sobie podobnych artystów i był tam królem życia. A tutaj Płock, pustka i samotność.
Dziewczyną jesteś, więc usta masz
Usta koloru krwi

Te dwa wersy to trochę jak zapatrzyć się w jakiś obraz znanego malarza w muzeum. Więc obraz widzimy, a ubrać nasze emocje w słowa jest już ciężej i niech tak zostanie. Każdy kto słucha tego kawałka i te słowa słyszy obraz ma tylko swój i widzi go dla siebie. Joanna Owczarek [1] w swojej pracy magisterskiej o tekstach Staszewskiego opisuje, że tutaj chodzi o ukochaną która tylko zostaje w tej chwili autorowi. Ukochana... tak, ale trochę inaczej, Staszewski raczej tutaj myślał kochance jeśli mówimy o nim, pisał ten kawałek w Płocku. Te usta koloru krwi jakoś do ukochanej osoby mi nie pasują, natomiast do kochanki
owszem. Poza tym, rodzina Staszewskiego w końcu mieszkała wtedy w Warszawie. W Płocku artysta miał wiele fanek, co lubiły słuchać jak grał na gitarze wychodząc na miasto jak miejski bard, albo u niego na mieszkaniu. Były nimi na pewno dwie siostry Irena i Celina Hiszpańskie (Celina wypowiada się po latach w filmie ‘Tata Kazika’), gdzie dla jednej z nich napisał znaną dziś piosenkę (ciekawe którą ;) )
Być może to ślub Celiny Hiszpańskiej dla której Staszewski napisał utwór "Celina" jako prezent ślubny i śpiewał dla młodej pary stojąc przed Urzędem Stanu Cywilnego w Płocku (zdjęcie z okładki płyty)

Zgaśnie blask oczu twych
Gdy wstanie dzień
Świt za szybą przysiądzie
Jak szary ptak

 Teraz opisuje strach, przed światem za oknem, za tą wszechobecną szarzyzną PRL, taki zupełny brak chęci do życia w takim świecie, systemie jaki się tworzył i codziennie wstawał na nowo razem ze świtem. Zresztą  sam Staszewski go budował, w końcu był inżynierem i w dodatku głównym architektem tego miasta.
Nie mów nic, przytul się
Wstrzymaj czas, wszystko zmień
Kazik idealnie oddaje klimat swoim brzmieniem. Śpiewa powoli, każde słowo zalewając z osobna smutkiem, z kapiącym gdzieś z tyłu cicho pianinem. Przy tak powolnym tempie, ma się wrażenie jakby sam chciał w tym momencie zatrzymać czas, tak jak autor. Idealnie uchwycił klimat utworu, gdzie złączył tekst z formą w jedną całość.
Wódki mgła wokół głów
Pełznie jak duch

Naprawdę, w takich miejscach jak nowe budowy PRL, nie było innej rozrywki w taką sobotę czy niedzielę, tylko wódka. Zresztą na rękę to było władzy, bo jeśli naród tylko o wódce myślał, to łatwiej taką pijaną masą rządzić. Dać wódkę, czasami trochę kiełbasy to buntować się nie będzie, taki to był czas Gomółki. 
Autor tekstu trzyma wykonawcę na rękach, inaczej ojciec i syn. Możliwe, że zdjęcie z Paryża jak Kazik wyjeżdżał od taty z wakacji

Przed wschodem zamknij drzwi
Bo z pierwszym świtem wstaną znów
Myśli koloru krwi

Tak ostatnią zwrotką kończy jakby myślą o samobójstwie. Trochę jakby opisywał ostatnie chwilę z kochanką jak ostatnie chwile swego życia, które zaraz ma się zakończyć. Stąd tak wcześniej opisuje smutek nadejścia zimnego świtu i końca gorącej nocy jakby to miałby być koniec życia.
Na szczęście nigdy nic takiego się nie stało, Staszewski w Płocku pracował jeszcze do 1967 roku a potem wyjechał do Paryża, gdzie pracował jako kreślarz. Z Płocka został prawdopodobnie wydalony za kawałek ‘Inżynierowie z Petrobudowy’ gdzie z pewnością władzy piosenka podobać się nie mogła za bardzo i też nigdy Staszewski nie chciał zapisać się do partii, a persony na takich stanowiskach raczej musiały do niej należeć.

http://www.youtube.com/watch?v=_qbKclRMXHY - tutaj śpiewa autor Stanisław Staszewski, unikatowa wersja, trochę bez żartu, teraz jak dobro kultury narodowej. Nagrywane na magnetofonie stąd słaba jakość. Można się cieszyć, że te kawałki przetrwały, bo jedną kasetę dostał Kazik po śmierci ojca i parę lat później ją skasował :) bo nagrał na jednej stronie Iggy'ego Popa a na drugiej zespół B-52 :)
http://www.youtube.com/watch?v=6jPcfpltywA - to tak na koniec, 'Samotnych Ludzi' śpiewa młodzieniec zaraz przed albo po mutacji dla swojej dziewczyny. Szacun dla niego, słychać, że się stara i to się liczy :)

[1]  „La, la, la, la” – polityka, obyczaje oraz życie osobiste obywatela PRL-u i polskiego emigranta w piosenkach Stanisława Staszewskiego” Joanna Owczarek – praca magisterska
[2]  „Kult – Biała Księga” Janusz Weiss
Oryginalne opakowanie, ale niestety już bez płyty. Chyba ponad 10 lat temu pożyczyłem od Cioci i trochę się zależała. Tylko gdzie ten krążek?

zgaśnie blask... oczu twych, gdy wstanie dzień