wtorek, 20 grudnia 2011

Rolling Stones na koncercie w Polsce. Kongresowa 1967 rok cz.1.

W ten weekend w Trójce był dzień z The Rolling Stones. Można powiedzieć, że jak zbliża się pięćdziesięciolecie zespołu tak można by mówić o nich w radiu i jeszcze by było mało. A najciekawsze historie były Marka Karewicza osobistego fotografa zespołu na tym koncercie, który był przy nich najbliżej.

Mick Jagger dostał tam apartament marszałkowski z widokiem na dzisiejszy plac Piłsudskiego. Pokazałem mu przez okno Grób Nieznanego Żołnierza, a on mnie pyta, czy naprawdę nikt nie wie, jak on się nazywał. Ręce mi opadły.
Marek Karewicz
 trasa Stonesów 1967 marzec - kwiecień
   Stonesi mięli plan aby na koniec trasy wystąpić w Moskwie i przebić żelazną kurtynę jak pociskiem atomowym tyle że z reaktorem wypełnionym brzmieniem ich gitar.
Tylko nie wiadomo dlaczego partyjne kacyki w Moskwie rezygnują z koncertu. Nieważne,  tak nasza Warszawa wykorzystuje okazję i zaprasza zespół, a podobno... sprawcą tego zdarzenia były wnuczki I sekretarza partii Władysława Gomółki (i chwała dziewczyną za to, tak dzieciaki przyczyniają się do zasiania wirusa wolności w muzyce PRL).
   Trasa zespołu była praktycznie pod hasłem ‘celnicy szukają nam narkotyków zawsze i wszędzie’ i wylatując z lotniska Orly w Paryżu znowu zostali przetrzepani podobno po samą pastę do zębów i dzięki temu spóźnili się na samolot do naszej Warszawy. 
 lotnisko, akurat Szwecja - podobno kluczyk do kufra gdzieś szlag trafił
Stąd chłopaki lecą przez Wiedeń i dopiero kierunek nasza stolica, więc lądując w Polsce są podobno zupełnie zdezorientowani. Jak mówi Marek Karewicz oni zupełnie nie wiedzieli gdzie się znajdują, a  Warszawa to dopiero pierwszy raz pewnie słyszą i jeszcze kiedy zobaczyli Pałac Kultury dopiero byli przekonani, że są w Moskwie (możliwe Warszawę tłumaczyli sobie jako dzielnicę Moskwy, nie wiem).
   Polscy celnicy nie chcieli być gorsi od swoich kolegów z Francji i też przekopują ich równo... tyle, że pewnie pasty do zębów już nie uświadczyli. Tak to tłumaczył Bill Wyman (gitarzysta):
Po przylocie stwierdziliśmy, że lotnisko wygląda jak baraki wojskowe. Przyjęcie zgotowała nam stuosobowa garstka fanów. Odprawa celna odbyła się w zwykłym blaszaku – stoły, na których przeglądano bagaże, zrobione były z desek. (...)Przewieziono nas przez przygnębiająco szarą i niesłychanie ponurą Warszawę do najlepszego hotelu w mieście nazywał się Orbis-Europejski i był kolejnym zimnym, szarym budynkiem
   Na tą okazję agencja koncertowa Pagart co takimi historiami się zajmowała w tamtym czasie zakupuje eleganckiego busa marki Mercedes i chwała im za to, że nie przewozili ich Żukiem czy Starem.
 prawdopodobnie jest to zdjęcie z tego busa Mercedesa co zespół jechał z Okęcia, w rogu Keith, kapelusznik Brian a z tyłu jakiś nasz swojski tajniak np. Zdzichu
Jak dla Polaków w tamtym czasie hotel Europejski był szczytem luksusu, jakąś niedostępną namiastką zachodu, natomiast dla Brytyjczyków był to pewnie niższej kategorii motel. Tak go opisuje Bill Wyman:
Chodziliśmy wszyscy od jednego pokoju do drugiego, porównując, komu z nas trafił się «najlepszy». Nie było telewizorów, były za to odbiorniki radiowe. Po ich włączeniu przekonaliśmy się jednak, że z wyjątkiem kilku lokalnych stacji, wszystkie inne są zagłuszone. Wieczorem spotkaliśmy się w hotelowej restauracji na bardzo przeciętnej kolacji, która mimo wszystko kosztowała fortunę.
   Do koncertu był jeszcze dzień, albo inaczej... cała wolna noc i czas który trzeba jakoś zagospodarować. Więc Marek Karewicz, fotograf który niejako się nimi opiekował zaprosił ich do baru w podziemiach hotelu ‘Kamieniołomy’ bo prawda jest taka, że w latach sześćdziesiątych nie było specjalnie co pokazać w stolicy poza Pałacem Kultury, w końcu to jeszcze Warszawa nie miała jeszcze ‘starego miasta’ odbudowanego na nowo. To co wtedy można było w stolicy robić wieczorem? Pić.
Mick z Kaithem w hotelu Europejskim, najlepszy jest kontrast w ubiorze gwiazdorów a gości z tyłu, czegoś wcześniej u nas czegoś takiego nie było
   Tak do stolika podchodzi kelner (Pan Bronisław, człowiek jeszcze przedwojenny co pracował u Zamojskich i świetnie znał angielski) i czeka na zamówienie. I Mick robi problem... nie zamawia jak to w PRL-owskiej Polsce tradycja garmażeryjna wymaga śledzika i do niego coś aby mógł w czymś pływać, tylko zamawia tequilę. I mamy klops, bo skąd w świecie siermiężnego Gomółki wziąć taki wynalazek!   Ale tutaj Pan Bronisław pewnie przed wojną nie takich gości obsługiwał i nie odchodzi na tarczy, tylko mówi chłopakom, że przyniesie im coś specjalnego.
   Po chwili przynosi zmrożoną tacę, wypełnioną jeszcze bardziej zamrożoną wódką i kładzie na stół. Chłopaki są zachwyceni, nigdy jeszcze czegoś takiego a przynajmniej w takim stylu nie dostali. Tylko efekt jest tego taki, że młodzi Brytyjczycy wracają o czwartej nad ranem na kolanach do pokojów. I tak Pan Bronisław przyczynia się do tego, że koncert na drugi dzień mocno czują chłopaki na scenie po kościach (pewnie nigdy już się nie dowiedzą co to za lek, sok spod ogórków). Tak The Rolling Stones specjalnie Polski nie zapamiętują, ale Wyborową na pewno, co sami w późniejszych publikacjach wspominają, a to jeszcze nie konciec historii z wódką, ale to w drugiej części, już po koncercie.
c.d.n.

niedziela, 11 grudnia 2011

Płyta: Johnny Cash "The Real..." trzy płytowe wydanie za parę groszy

Dorzucę do bloga jeszcze jedną rzecz, to płyty i książki. Wszystko co mi uda się kupić czy to na aukcjach czy w sklepach, wiadome, tematycznie związanym zawsze z przykurzonym nurtem.


  Gdzieś tydzień temu wracałem w sobotę wieczorem od kumpla co pomagałem mu pomalować mieszkanie i po drodze postanowiłem wstąpić coś kupić siostrze na mikołaja. Książka dla młodej kupiona to jeszcze zarzucimy okiem na płyty do saturna. No i leży sobie Johnny Cash, bardzo ładne wydanie trzypłytowe, fajnie rozkładane, w takiej nowej formie okładki zero plastiku na obwolucie tylko kredowy papier.
To pytanie, czemu kupiłem Casha, skoro nigdy go nie słuchałem czy nawet nigdy nie planowałem? Ano... wydanie i cena. Na tych trzech płytach mieści się sześć albumów czyli w sumie 88 kawałków!!! Jakby mi się nie spodobało, dużo bym nie stracił znowu, wydanie kosztowało w końcu 20 zeta. Tak zastanawiałem się skąd taka niska cena w końcu to są trzy krążki tutaj, a to poprzez ten napis na okładce: "Columbia - albums mastered from original Columbia & Sun records recordings" czyli nagrania mają brzmienie takie jak pięćdziesiąt lat temu, zero czyszczenia ścieżek czy innych cyfrowych historii i myślę, że naprawdę nic to na jakości nie traci. Poza tym, takie dawne nagrania lepiej brzmią jak mają w sobie trochę chropowatości na nagraniu, ale to tylko moja opinia.
  

   I miło jestem zaskoczony, Cash to muzyka 'Country', ale tam naprawdę bliżej do bluesa czy rocka lat pięćdziesiątych niż jakiejś muzyki gorszego sortu czy mniej ambitnej. Może dlatego tego dnia tak dobrze się słuchało bo byłem trochę padnięty po całym dniu malowania i wtedy to te proste historie Country z łatwymi chwytami osadzone właśnie.... jak tu nazwać głos Casha, hah! Nie da się w słowach tego wypowiedzieć tym bardziej wyklepać na klawiaturze. Dość zabawne są tytuły piosenek takie szczere i proste, z 'sercem  na dłoni' (a to jeszcze dłonie muszą być jak bochny chleba i kapelusz kowbojski obowiązkowo) przykładowo:
- i'd rather die young - i saw a man - it was jesus - snow in his hair - drink to me - hank and joe and me - i got shoes - 
W tych prostych tytułach jest zawarty cały Cash, proste historie gdzieś na zachodzie czy południu ameryki. Poza tym... Johnny to świetny kompan do nauki angielskiego :) bo śpiewa wolno, wyraźnie i używa angielskiego jak w Kentucky, czyli teksty maksymalnie są proste jak również ich historie. Naprawdę warto odkryć Johnnego, jak wcześniej się go nie słuchało, dobra to muza jako przerwa pomiędzy czymś cięższym, czy świetna muza jak kończy się cały dzień pracy.

piątek, 9 grudnia 2011

"Siekiera" legenda polskiego punka a obrazy Bosha i Bruegela

  Punk, wedle swoich założeń był anarchią, walką z systemem, niczym nie ograniczoną wolnością,  itp. hasłami. Tylko jak się bliżej przyjrzeć tamtemu środowisku w Polsce, tak wszystko było tam 'znormalizowane' jakby wzorce były brane podskórnie właśnie z systemu do którego wszyscy plecami chcieli się odwracać a każdy był w nim jednak zatopiony po uszy. Punki ze swoimi irokezami, glanami, ramoneskami prezentowali się w nich jak w mundurach ‘złoci chłopcy’ z drugiej strony barierek na Jarocinach. Wypastowane glany, zadbane irokezy, bliżej temu do mundurowego sznytu, niż bezkompromisowego podejścia do wolnego życia. Inaczej… polskie punki w tamtych czasach prezentowały na dodatek ‘model patriarchalny’, więc gdzie ta pełna wolność. Cóż, wzorców innych specjalnie nie było skąd brać jak ze swoich domów. W środowisku nie istniały kobiety, nie było ich na scenie, może poza zespołem „Zbombardowana Laleczka” http://www.youtube.com/watch?v=c3_qcvnDx_I czy chórkami zespołu „Tilt” gdzie śpiewała Kayah. Nie znaczy, że ich nie było w środowisku, tylko pełniły rolę taką samą jak ich matki, tyle że nazwę by zmienić można z matki na ‘punki polki’.         

I tak pojawia się zespół Siekiera na Jarocinie 84’, jest jakością zupełnie odmienną w przekazie niż inne ówczesne załogi, bo z niczym w tekstach nie walczy, o nic w nich nie zabiega. Adamski (lider) podkreślał, że ma to być w przekazie brutalna anarchia nie nawołująca do niczego ani nie podążająca za jakimkolwiek nurtem. 'Brudne' brzmienie gitar plus ryczący głos Budzyńskiego dawały porażający efekt muzycznego buldożera. Na scenie byli dla wszystkich zaskoczeniem, sam Robert Gawliński (wtedy wokalista Madame) tak powiedział:
"...Widziałem jak punkowcy pod murem zdrapywali ze swoich pancernych kurtek napisy "Exploited" i białymi farbami do skóry pisali "Siekiera" i potem już wszyscy mieli Siekierę na plecach. Bo rzeczywiście w 1984 r. Siekiera zagrała tak dobrze, że nie słyszałem ani wcześniej, ani później tak dobrze grającego zespołu punkowego..."

   Tylko parę koncertów w niecały rok działalności plus jedno nagranie wideo, tak zespół wchodzi do historii pięć polskiego punk rocka od razu do panteonu. Ani wcześniej, ani też później nie było zespołu, który chociaż trochę by zbliżył się do klimatów które załoga z Puław tworzyła. Ich kawałki z tamtego okresu, w zasadzie nie są do słuchania dla dzisiejszego użytkownika ipoda, nie da się tego włączyć dla przyjemności tak po prostu. „Siekiera”  dziś jest zjawiskiem zupełnie oderwanym od rzeczywistości. 

   Siekiera zaskakiwała wszystkich, tyle że nikt tego zespołu tak naprawdę nie rozumiał, za bardzo nikt nie wiedział o co im chodzi. Wspólne dla wszystkich, którzy ich słuchali pod sceną, był odbiór energii jaką potrafili przekazać ze sceny tworząc w jednej chwili sabat punkowych czarownic robiących największe ‘pogo’ w historii Jarocina. Nie dali się zaszufladkować w żadną półkę, czy cokolwiek, co pozwalałoby łatwo ich klasyfikować i recenzować następnie. Nie było zespołu do którego można było ich porównać, to był szczególny problem dla recenzentów którym nakazane było napisanie paru zdań o zespole w jakiejś systemowej gazecie dla młodzieży. Tomasz Budzyński (wokal) powiedział:
'...Chodziło o maksymalną ekspresję. Nie interesowała nas ani polityka, ani jakieś protesty. Chcieliśmy, aby było najmocniej, jak najpotworniej, jak najbrutalniej. No i w sumie chyba udało się... Byłem wtedy o wiele młodszy... Tylko wściekać się i wariować. To mnie obchodziło. Nic innego mnie nie interesowało. Po prostu wydzierać się maksymalnie. I straszyć... Przychodzili do nas punkowcy i mówili: "My tu Dead Kennedys, walka... A wy to co? Wy nie protestujecie?...'

   Największe niezrozumienie i chęć ocenzurowania była za sceną (jak dziś by wypadało nazwać bekstejdżem) wśród innych punkowców występujących na scenie. Jak któryś mniej więcej mówił w jednym filmie dokumentalnym o Jarocinie '...ale co to niby jest, co to do cholery tekst "...Robol gwałci krokodyla, małpę gryzie pies..." do czego ma to się odnosić?...'. Rozwiązaniem zagadki miały być obrazy Bosha i Bruegela. Jak dla mnie to  jest dopiero majstersztyk, łączyć inspiracje tych dwóch tuzów malarstwa z punkowym brudem Siekiery. Tak mamy anarchię w czystej postaci, nie zabrudzoną żadną ideologią. Ciekawe czy gdzie indziej w świecie był przypadek łączenia sztuki najwyższych lotów z ostrym punk rockiem. Zgłupieć to dopiero musieli smutni panowie co z urzędu cenzurowali teksty, które miały się pojawiać na jarocińskiej scenie. Bo każdy inny gówniarz wypisuje im o walce z systemem, wojną i takimi podobnymi duperelami co bez problemu się wykreśla czerwonym długopisem, pieczątkę ‘urzędu cenzury’ przybija i do widzenia. A tutaj to, że ‘...małpę gryzie pies...’ żadnego sekretarza w partii w końcu nie obraża. A może jakieś drugie dno? Jednak nie, wszędzie ale nie w tym zespole.  

Teraz tak spojrzeć na Siekierę i taki Sex Pistols, to Londyńczycy przy załodze z Puław wyglądają jak chłopcy zebrani do boysbandu jak ‘Back Street Boys’ aby tylko na nich kasę ktoś mógł zrobić (w rzeczywistości było podobnie, w końcu pierwszy pomysł na założenie Sex Pistols miał właściciel sklepu z oryginalnymi ciuchami niejaki Malcolm McLaren).
Po niecałym roku działalności Siekiery odchodzi Budzyński, powstaje zespół Armia. Siekiera pozostaje na scenie wchodząc w nurt nowofalowy. Stara zostaje tylko nazwa zespołu, grupa zmienia zupełnie swoje oblicze, stąd w następnym roku na Jarocinie zostaje wygwizdana. Siekiera w historii polskiej muzyki była tylko zjawiskiem, jedną chwilą, ale dla rozwoju nurtu było jak wymyślenie cegły dla wieży Babel. Każdy następny zespół punkowy jaki powstawał na scenie był już po ‘kursie z Siekiery’. Jedynie kogo mogę tak teraz znaleźć do porównania to Robert Johnson. Tyle, że to bluesman z delty Missisipi, na początku wieku nagrał tylko jedną płytę. Do dzisiaj, każdy muzyk grający bluesa uzna go dziś za swojego guru, tak samo z Siekierą i każdym następnym pokoleniem punkowych załóg w Polsce.     


wtorek, 29 listopada 2011

Gitara "Red Special" Briana Maya - gitarzysty Queen, którą zbudował 40 lat temu

Niedawno było dwudziestolecie śmierci Freddiego Mercurego. O Fredzie mówimy że był... na szczęście Brian May cały czas z nami 'jest' i można ciągle usłyszeć jak gra na swoim legendarnym wiośle 'Red Special'



   Brian May był na 39 miejscu w 2003 roku na liście najlepszych gitarzystów świata. Natomiast na pewno jest najlepszym gitarzystą wśród astronomów jak również najlepszym astronomem wśród gitarzystów, przepraszam... od paru lat doktorem astronomii :).
   Szesnastoletni Brian załapał bakcyla na dobre jako gitarzysta i nie wystarczała mu już gitara akustyczna, więc naturalnie marzył o elektrycznej a najlepiej o modelu Fendera. Tylko był ten problem, że rodzicom nie specjalnie było na rękę z takim wydatkiem i ojciec Briana zaproponował mu, że razem zbudują taką elektryczną gitarę a oboje byli dobrymi majsterkowiczami. I tak w sierpniu 1963 roku rodzi się jedyna w sobie gitara "Red Special" na której chłopak będzie grał przez całe swoje życie.

    Model był to niezwykły od samego początku ponieważ jedynym elementem zakupionym przez naszych majsterkowiczów w sklepie były przetworniki cewkowe, cała reszta elementów to było wszystko to co Panowie May znaleźli w domu, i tak:
  •  szyjka gitary - powstała z dwustuletniego mahoniowego wspornika do kominka (stąd  druga nazwa gitary "Fireplace" i jest szersza niż inne gitary, ma szerszy rozstaw strun.
  •  chwytnia gitary - dębowe drewno, pomalowane później na czarno
  •  sprężyny do systemu tremolo (wajcha) - majstrowie wzięli z motoroweru
  •  oznaczenie progów - guziki znalezione gdzieś u mamy
  •  dźwignia vibrato - drut do szycia (źródło: pewnie też zestaw Pani May :)
  •  środkowa część korpusu - dębowy stół
  •  wierzch gitary - pokryto fornirem i pomalowano na ceglasty kolor
 W ciągu osiemnastu miesięcy została stworzona ta gitara w 'warsztacie lutniczym' który znajdował się w sypialni Państwa May. Łączny koszt wyniósł całe osiem funtów :). A inżynier Harold May był naprawdę geniuszem, gitara to nie jedyne jego osiągnięcie w historii 'zrób to sam', do domu jeszcze zrobił osobiście telewizor i radio, chylić czoła przed takim majsterkowiczem.
Ojciec z synem, koniec lat siedemdziesiątych i ich wiosło

   To, że Brian May gra na jedynej w sobie gitarze na tej planecie to nie koniec osobliwości, nie gra kostką. Uważa, że jest za miękka jak na jego gust, aby nadać brzmieniu bardziej metaliczny wydźwięk, używa sześciopensówki. Tylko jak tu grać kiedy mennica brytyjska przestała wybijać już dawno tą monetę? Nie zapomnieli o artyście, wybili mu parę monet na zapas i to jeszcze z jego podobizną:
Na monecie wypisane jest 'Back To The Light'
    Dziś gitarzysta sygnuje swoim nazwiskiem całą serię gitar i akcesoriów do tych sprzętów, a wiele firm co ajkiś czas wydaje reprodukcje w niedużych seriach "Red Special". Każda firma produkująca gitary ma swoje modele różnej maści. Natomiast tą nie można wsadzić do żadnej kategorii, można powiedzieć, że są gitary elektryczne i 'Red Special'. W zespole Queen dwie rzeczy były nie do podrobienia, głos Freddiego i brzmienie sześciopensowych dźwięków gitary Briana Maya. 
'Red Special' dzisiaj to wdzięczny temat dla lutników amatorów jak tutaj nasz kolega dokumentował swoją pracę nad repliką gitary:
http://forum.queen.pl/viewtopic.php?t=4765&highlight=red+special
 

piątek, 25 listopada 2011

Kubki z koncertów Rolling Stones z tras "A Bigger Bang" i "Licks World Tour"

Pewnego dnia przeglądałem na allegro używane płyty i szukałem jakiegoś starego krążka za parę groszy co by zwał się 'białym krukiem' dla mnie a dla sprzedającego niepotrzebnym elementem dekoracji w jego domu. I tak szukając albumów kupiłem te kubki, bo sprzedawczyni wystawiła je nie na gadżetach tylko w albumach właśnie. Z przesyłką wyszło chyba 18 złotych. Długo się zastanawiałem nad kliknięciem 'potwierdzam', czy to czasami nie jakieś zboczenie kupować używane jakieś kubki sprzed lat, po jakimś tam koncercie. No nie, jak już doszły to niczego nie żałuje, jak dla mnie to prawdziwe 'białe kruki' :) poza tym trochę tych 'Stonesów' w domu już jest, chociażby w książkach. Rzecz unikatowa mocno i raczej nigdzie nie do nabycia już (ale jednak nadal, to tylko dwa kawałki plastiku za prawie dwadzieścia zeta :) leżącymi w tysiącach sztuk na stadionach po koncertach.

Pierwszy z nich to półlitrowiec, gruby plastik jakiego jeszczem na oczym nie widział, gruby germański plastik z koncertu pewnie w Berlinie jeśli na denku pisze  'Germany'. Jedno jest pewne, jest z trasy "A Bigger Bang" z 2006 roku:


Drugi to jeszcze wcześniejsza bajka kubek zero trzy litra albo jeszcze mniej może i 'kwaterka' czy ćwiartka jak kto woli, to już kubek z oznaczonymi sponsorami T-mobile i Becks z tej samej firmy plastikowej o podpisie 'Germany. Jedno wiemy, kubek był wypity na trasie "Licks World Tour" z 2003 roku:



Kubek mniejszy, mniej z niego browaru berlińczyk mógł wypić to fakt, ale za to jaki kubek posiada ekstra zdjęcie z tyłu. Idealnej jakości przyklejona fotka z tyłu kubka z naszymi rockerami w pełnym szyku:

Ciągle mam ochotę aby nalać sobie do któregoś z nich jakiegoś piwka, ale jakoś nie... zabytki rockendrola trzeba z należytym szacunkiem na półce trzymać. Pssst... otworzyć na zdrowie wasze teraz piwo i też z puszki wypić patrząc na Stonesowe kufle.
 Berlin - Olimpia Stadium 2006 - koncert Rolling Stones, tam w lewym dolnym rogu można było zakupić takie kubki, na szczęście nie puste

wtorek, 15 listopada 2011

Ostatni koncert Perfectu na stadionie Dziesięciolecia 1987 na 40 tysięcy osób

To musiał być dzień... kiedy człowiek dowiedział się, że Perfect po czterech latach nieobecności na scenie znowu staje do boju, a jeszcze większa radość tego kto wtedy zakupił bilet na koncert zespołu na Stadionie Dziesięciolecia.

   Był rok 1987, PRL już ledwo zipiało, powoli już nikt nie miał złudzeń, że ten jedyny wspaniały system musi upaść, tylko jeszcze nikt daty podać nie mógł. Wtedy społeczeństwo jedyne ukojenie poza wódką miało właśnie w muzyce, a ekipa taka jak Perfect to była najwyższa półka w naszych realiach, to zdarzenie można by porównać jedynie do czegoś takiego jakby Beatlesi zebrali się jeszcze raz w 1975 (tyle, że już bez Lennona) to cała Brytania oszalałaby z radości.

   Przez to, że w kraju była taka beznadzieja, że nic poza octem bez kolejki nie można było kupić, to rock miał się najlepiej, wtedy powstawały najlepsze kawałki śpiewane do dzisiaj, bo dla muzyki jak widać im gorsze czasy tym lepiej dla niej. A trzeba na to jeszcze popatrzeć tak... że nie było pojęcia płyty CD, nie było mp3, a po najnowsze wydania płyt stało się w długich kolejkach. Nieważne... jedno było już pewne, Perfect zagra znowu po czterech latach przerwy na Stadionie Dziesięciolecia.

   Plan był na trzy koncerty w największych halach w kraju, więc Spodek w Katowicach, hala Oliwii w Gdańsku i Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Koncert mógł się nie odbyć, wszystko wisiało na włosku  ale można to podsumować jednym hasłem 'Polak potrafi'. Aby zorganizować koncert na poziomie światowym jak przykładowo taki Queen w 1985 na Wembley to całe kulturalno-rozrywkowe PRL musiało stanąć. Z całej Polski do stolicy były zwożone nagłośnienia, oświetlenia, wzmacniacze, tak aby można było obsłużyć 40 tysięcy fanów na stadionie. Nawet wszystkie bezprzewodowe mikrofony jakie tylko w kraju były, znajdowały się wówczas na tej scenie, a najciekawsze, że było ich w ilości całe sztuk dwie :).  Dzięki temu Grzegorz Markowski mógł biegać po scenie niczym wtedy Jagger na każdym swoim koncercie.
   I wszystko już gra, zapięte na przedostatni guzik, robota idzie pełną parą i parę dni do koncertu, a tutaj... koncert może się nie odbyć. Scena. Zostaje zbudowana z 25 tysięcy elementów i to nie takich elementów jak dzisiaj się buduje elementy z duraluminium, tylko wszystko ważyło swoje tony z elementów stalowych, za skręcanie których odpowiedzialna była ekipa taterników. I tak scena została zrobiona. Wszystko poskręcane i tylko podpisać na koniec odbiór techniczny sceny, tak stop. W mechanice jest taki dział jak statyka, która jest jak religia dla konstruktora i na sam koniec konstrukcje odbierał jakiś inżynier, który był właśnie statykiem. Powiedział jedno, ta scena jest nie do odbioru bo przy podmuchu większego wiatru dach sceny zachowa się jak wielki żagiel i spadnie na tysiące ludzi stojących pod nią. Więc co robić, naciągnąć scenę linami po bokach i zakotwiczyć w wielkich dołach zalanych betonem - odpada. Beton nie wyschnie w ciągu paru dni. To niech liny zostaną zakotwiczone na ciężkich Kamazach wypełnionych płytami betonowymi - odpada. Kamazy zniszczą całą nawierzchnię stadionu. Nie ma rozwiązania dobrego, w tym momencie wchodzi trzecia opcja 'Polak potrafi', Zbigniew Hołdys tak to opisał w jednym z felietonów:

I wtedy statyk powiedział nagle: Dobra chłopaki, kocham was, postawcie pół litra whisky i módlcie się, by pogoda dopisała. Dostał Johnny Walkera 0,7 i podpisał papier. Pogoda była idealna, tuż nad widownią latały samoloty i wykonywały akrobację powietrzną. Nikomu nic złego się nie stało.
I tak kolejny raz historia dla nas była łaskawa, koncert przeszedł do historii jako największy koncert polskiego zespołu, który był biletowany, jak również ostatni koncert Perfectu w starym składzie. Nic się nie stało ze sceną bo być może dzięki 200 karatekom którzy byli wynajęci jako ochrona sceny i trzymali :). Tak czy tak, koncert zakończył się sukcesem. Szkoda jedynie, że ta lokomotywa ruszyła pełną parą ale niestety zaraz po starcie brakło ciśnienia i więcej zespołu w starej brygadzie już zobaczyć nie mogliśmy.
   
Koncert trwał ponad trzy godziny, z tej trasy została wydana płyta 'live' na trzech winylach 



Była tam i też telewizja, piękny koncert nakręciła aby wydać pewnie na DVD (no może kiedyś jak powstanie), tylko ona już tyle szczęścia nie miała co Pan statyk, bo ktoś u nich z technicznych pomylił jakieś kable i nagrywali koncert bez dźwięku. Jak dla mnie to koszmar... za to, to sąd kapturowy dla winowajcy ze skazaniem na dożywocie słuchania tylko jednego kawałka np 'Żołnierz Dziewczynie Nie Skłamie'. Tak więc szczęśliwy ten co wtedy tam był i mógł to oglądać słuchać na żywo.
Tak od swojej strony dodając, to historie się powtarzają, tylko może zespoły bywają już inne. Niedawno na trzy takie duże koncerty powrócił zespół Illusion i to szczęście miałem, że byłem i widziałem w Spodku, tu akurat powrót po dziesięciu latach, ale to tak piszę na boku.

A Stadion Dziesięciolecia też był blisko wtedy swojego kresu jak PRL, w latach 90' został takim symbolem pierwszego polskiego dzikiego kapitalizmu. Od niedawna już go nie ma jak każdy wie. W III RP był ruiną, wspomnieniem minionej epoki. A samo to, że w środku pustka i ruina a na obrzeżach 'życie' związane z drobnym handlem, to też trochę jak taka przenośnia całego byłego systemu. Cała konstrukcja zawalona, ale na obrzeżach jej życie toczy się dalej wedle hasła 'Polak potrafi i sobie radzi' :)
Galeria:


 
 
 

 

piątek, 11 listopada 2011

Piosenka "Knajpa Morderców" S. Staszewskiego a scena z filmu "Popiół i Diament"

 link do muzyki:

http://eternal-yume.wrzuta.pl/audio/0pEFFnyxvn6/kult_-_knajpa_mordercow



Jak lata temu słuchałem tego kawałka, historia w nim opowiadana robiła na mnie spore wrażenie, o tej mrocznej spelunie, o tym spendzie ludzi spod mrocznej gwiazdy. Szczególnie klimatem pasowała do ówczesnego kultu filmu "Pulp Fiction". A tutaj NIE! Tutaj Stanisław Staszewski nie pisze o żadnych mordercach o których chciałem myśleć.
Tutaj "mordercami" są byli żołnierze AK w latach pięćdziesiątych "...nie ważny groźny grymas na gębie, mordercy mają serca gołębie...". Dalsze widoki na walkę o wolność z ‘parabelką’ w ręce nie mają sensu, zresztą nikt tego już od nich nie oczekuje, są już zapomniani, poza społeczeństwem i tak siedzą zawieszeni w czasie z flaszką wódki na stole we własnym gronie i świecie. Tylko co dalej? Nic, kompletna dla nich pustka, żadnych pomysłów co z życiem robić "...wczoraj rycerze, dziś bezrobotni..." skoro jedyne co potrafią dobrze robić to walczyć.
"...ale któż dzisiaj mordercom ufa
więc srebrne kule śpią w czarnych lufach..."

A te dwa wersy poniżej to naprawde jest majstersztyk, dosłownie. Chciałbym aby za parę lat Staszewki trafił do książek z języka polskiego jako zapomniany poeta/bard czasów PRL. Bo coś takiego na wyobraźnie działać potrafi:
"...zmazując barwy, lasom i polom
mknie balon nocy z knajpy gondolom..."

Śpiewana przez Kazika „Knajpa Morderców” mogła zostać napisana przez jego ojca Stanisława właśnie po obejrzeniu tego filmu, szczególnie ta scena... wszystko z tego obrazu pasuje idealnie do wersów Staszewskiego z „Knajpy morderców”:

„....w knajpie morderców gryziemy palce, rządze nas gnębia i sny o walce...”
cały ten śmiech, natychmiastowa reakcja.... jak w tym wersie.
„...szafa wygrywa rzewne kawałki, siedzą mordercy łamia zapałki...”
słychać z tyłu jak muza płynie z gramofonu, robi klimat, Cybulski ‘łamie’ zapałki nad kieliszkami wszystko pasuje do tekstu napisanego przez Staszewskiego, tylko czy tak było, nie wiem. Pewnie to przypadek.

Galeria:
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.245962788793616.60058.183782765011619&type=1